Smoki i Kangury

KategoriaAustralia

Smoki lądują w Krakowie

smoki w krk

Nie, nie zwariowaliśmy. Wracamy do domu.

W Australii spędziliśmy prawie dwa lata. Bez wątpienia był to fantastyczny czas. Mieliśmy szczęście mieszkać w Sydney, jednym z najpiękniejszych miast na świecie (zdecydowanie!). Zdążyliśmy nieco wchłonąć australijską kulturę – jak mantrę powtarzamy no worries albo, co gorzej safety first, kupujemy piwo w slabach itp. W tym czasie nurkowaliśmy na rafie koralowej, zmagaliśmy się z falami podczas surfingu, karmiliśmy kangury, przemierzaliśmy samotnie bezkresny Outback, spaliśmy na plaży, zdobyliśmy najwyższy szczyt Australii… i wiele więcej. Słowem, nie próżnowaliśmy.

Przyszedł jednak czas, żeby spakować się i wrócić do najbliższych. Decyzja nie była łatwa, możecie nam wierzyć. Nie jesteśmy też przekonani o jej słuszności. Należy jednak iść do przodu i realizować kolejne plany – a tych się trochę nazbierało.

Z Australią pozostajemy w kontakcie i na pewno tutaj wrócimy. Tymczasem będziemy starać się pomóc Wam w realizacji marzeń. Jeśli tylko w Waszej głowie zrodziła się idea wyjazdu, nie ma na co czekać. Zbierajcie informacje, szukajcie opcji dla siebie i pakujcie walizkę. Tak, Australia to miejsce, które pokochacie!

W marcu lądujemy w Polsce. Czy przy piwku, czy podczas bardziej oficjalnych spotkań i prezentacji (a takie planujemy i to zaraz po powrocie) opowiemy Wam o Down Under. Podjęliśmy też współpracę z jednym z polsko-australijskich biur, żeby móc pomagać Wam w aplikacji o wizę, emigracji czy zapisie do australijskiej szkoły.

W dalszym ciągu zaglądajcie na naszego bloga. Nie zdążyliśmy jeszcze napisać o rafie koralowej, Outbacku, górach śnieżnych i wielu innych miejscach. Będziemy wrzucać relacje oraz kolejne poradniki i wskazówki dotyczące wyjazdu na antypody.

Tymczasem pakujemy plecaki, bo jutro ruszamy do Myanmar! Ale o tym opowiemy kolejnym razem:)

Wielka trójka – Uluru, Kata Tjuta i Kings Canyon

01_outback

Australijski Outback wciąga. To nie żart. Wydawać by się mogło, że podróż przez upalną i spaloną słońcem pustynię to nie najwyższych lotów przyjemność. A jednak. Jest coś magicznego w tej drodze. Czy to połączenie ceglano-czerwonej ziemi z lazurowy niebem, a może bezkres i wiszące tuż nad głową chmury, które wydają się być jak na wyciągnięcie ręki. A może to te godziny za kierownicą przemierzane po prostej i płaskiej jak patelnia drodze – taki swoisty rodzaj hipnozy.

Kto już spróbował, wie o czym mówię…

Ale wróćmy do tematu. Wielka australijska trójka, czyli Uluru, Kata Tjuta, Kings Canyon!
Wszystkie trzy są położone w samym sercu australijskiego Outbacku. Dwa dni drogi ze wschodu, dwa dni z południa czy północy. Cel dla wytrwałych.

Na pytanie, czy warto te miejsca zobaczyć nie będę odpowiadać, bo nie ma wątpliwości. Powiem tylko, że polecam tam dojechać, nie dolecieć. Dlaczego? Jadąc tam ciężko pracujecie na pierwsze, niezapomniane wrażenie, a Wasze trudy podróży i oczekiwanie zostaną nagrodzone:) Co więcej, aby sprawnie przemieszczać się pomiędzy tymi „atrakcjami” po prostu trzeba mieć samochód.

02_outback
03_outback

Uluru / Ayers Rock

Święta góra Aborygenów. Symbol Australii. I punkt na każdym podróżniczym Bucket list.
Po aborygeńsku – Uluru, po angielsku – Ayers Rock. Miejsce o dwóch oficjalnych nazwach.

Formacja skalna, która choć wcale nie jest największym monolitem świata – ani nie monolit, ani nie największy, obydwie te informacje zostały obalone – z pewnością jest tym najbardziej rozpoznawalnym, naturalnym symbolem Down Under.

Aborygeni, którzy przywędrowali tu ponad 10 tysięcy lat temu (!!!) uznali to miejsce za święte. Podobno zostało stworzone w czasie Dreamtine (sennej drogi) i jest punktem orientacyjnym tejże drogi, wytyczonym przez praprzodków. Każda grota czy wgłębienie mają swoją historię i są śladem np. walk bóstw totemicznych. Z każdej strony tej potężnej skały można znaleźć groty pokryte archaicznymi malowidłami, źródła czy jeziorka. Dla Aborygenów były to miejsca inicjacji młodych, rytuałów, rozmów z duchami starożytnych kreatorów.

Święta ziemia została Aborygenom odebrana, i choć wróciła w ich posiadanie w latach ’80, dziś stanowi turystyczną atrakcję. Powstało tu centrum kultury, w którym pracuje wielu Aborygenów. Można tam dowiedzieć się więcej na temat historii miejsca oraz samego plemienia Anangu, do którego należy Uluru.

Jak zwiedzać Uluru?

Skała ma 348 m wysokości, a jej obwód to 9,5 km. Jest otoczona drogą asfaltową, tak więc wedle uznania można ją obejść pieszo lub objechać.

Moim zdaniem warto poświęcić trochę czasu na spokojny spacer. Zajrzeć do grot i zakamarków, przyjrzeć się malowidłom, posłuchać odgłosów przyrody, poczuć energię i moc tego miejsca. A zapewniam, że znajdziecie, jeśli na chwilę wdacie się w zadumę. Na świętą górę można wejść, choć szlak jest otwarty tylko w dni sprzyjające pogodowo – nie za gorąco, nie za wietrznie itp. Aborygeni otwarcie proszą, żeby tego nie robić. I myślę, że może warto sobie taką wspinaczkę podarować, aby uszanować czyjąś kulturę i religię.

Na koniec dnia magia Uluru zostanie Wam nieco odebrana. Prawdopodobnie – jak wszyscy – będziecie chcieli zobaczyć spektakularny zachód słońca, kiedy to czerwona skała zmienia kolor. Traficie wtedy na zapełniony po brzegi parking, gdzie Aussies urządzają sobie piknik, a turyści z innych krańców świata obstawiają miejsce aparatami fotograficznymi. Widok zachodzącego słońca zapewne będzie ładny, choć obecne tam tłumy nieco przygaszą entuzjazm i atmosferę.

10_uluru
11-Uluru
12_uluru
13_uluru
14_uluru

Kata Tjuta / The Olgas

To nieco większa (albo raczej zdecydowanie większa) formacja skalna, której częścią jest właśnie Uluru. Oddalona od góry Aborygenów o 44 km jest kolejną atrakcją, którą zdecydowanie warto zobaczyć. O ile Uluru nie ma swojego tłumaczenia, o tyle Kata Tjuta w języków aborygeńskim oznacza „wiele głów”. Hm, dokładnie takie przywołuje skojarzenia. To dokładnie 36 ogromnych skał, a największa z nich ma 546 m wysokości.

Warto zaplanować jakieś 2-3 godziny na spokojny spacer. Formacje są niesamowite, a swoim ogromem sprawiają, że czujemy się tacy malutcy i przemijalni…

20_kata tjuta
21_kata tjuta
22_kata tjuta
23_kata tjuta
24_kata tjuta

Kings Canyon

Przestrzeń, gdzie nabiera się oddechu i z szacunkiem spogląda na wielki, australijski Outback. Oczywiście rozmiarowo to miejsce z pewnością nie dorównuje Wielkiemu Kanionowi w Stanach, niemniej jednak wrażenia są niezapomniane. Soczysto czerwone skały o wysokości ponad 100 metrów mogą przyprawić o zawrót głowy. W dole bujna roślinność oraz ukryty pomiędzy skałami zielony, tropikalny Garden of Eden ze strumieniem i małym jeziorkiem. Tam warto się udać, by schronić się przed skwarem, zrelaksować lub zaczerpnąć kąpieli.

Kings Canyon jest oddalony od Uluru o ponad 320 km i mieści się w Watarrka National Park. Co  polecam w tym miejscu? Rozglądać się uważnie. Spotkacie tu wyjątkowych, lokalnych mieszkańców… jaszczurki, węże, kangury itp.

30_kings canyon31_kings canyon
32_kings canyon
33_kings canyon
34_kings canyon
35_kings canyon
36_kings canyon
Dla tych, którzy wybierają się w najbliższym czasie, parę praktycznych porad:

Noclegi:

  • Uluru – kilka kilometrów od Uluru znajduje się Yulara, malutka miejscowość, a raczej baza turystyczna z noclegami, restauracją, stacją benzynową, sklepem, a nawet galeriami sztuki aborygeńskiej. Jest tam również bardzo przyjemny i świetnie zorganizowany camping, gdzie można rozbić namiot lub wynająć domek. Nazwa Yulara oznacza „crying”, „weeping”. Lokalni śmieją się, to dokładnie to robią turyści, kiedy widzą rachunek…
    Jeśli więc chcielibyście zaoszczędzić – godzinę drogi (jakieś 85 km) przed Yularą znajduje się Curtin Springs Station. Tam namiot można rozbić bezpłatnie. Wprawdzie już w mniej komfortowych warunkach, ale są toalety, niewielki bar…. a jako atrakcja kilka wielkich Emusów w zagrodzie.
  • Kings Canyon – w pobliżu kanionu znajduje się Kings Canyon Resort z campingiem, który podobnie jak ten powyżej jest świetnie utrzymany i przygotowany dla podróżników (kuchnia, otwarte grille, sanitariaty itp.). W tym miejscu też czekają wyjątkowe atrakcje: bar, w którym wieczorem można posłuchać muzyki country na żywo (tak, Australia kocha country), stada papug spacerujące przed namiotem albo dzikie psy dingo, które bez pardonu zaglądają do namiotu w poszukiwaniu pożywienia :)

Transport:

Jak wspomniane we wstępnie – chyba najlepszą opcją jest dojechać własnym lub wynajętym samochodem. Ale możecie też dolecieć. Linie Jetstar na trasie Sydney/Melbourne-Yulara, albo Quantas – z większych miast do Alice Springs. Na miejscu można wynająć samochód albo wykupić wycieczki grupowe (są też backpakerskie opcje).

Inne:

  • Prawdziwa zmora australijskiego Outbacku to nie węże i pająki, a wszędobylskie muchy! Stęsknione za wodą będą całymi chmarami pakować się Wam do nosa, ust, uszu…. Warto wcześniej zaopatrzyć się w siatki na twarz (bez żartów).
  • Pamiętajcie też o kremie do opalania. Australijskie słońce „daje popalić”.
  • Wstęp do parku Uluru-Kata Tjuta National Park kosztuje 25AUD za 3 dni, bilety sprzedawane są przy wjeździe do parku.
  • Australijczycy są dość przezorni, więc jeśli temperatury robią się za wysokie (ok 36 stopni), szlaki na King’s Canyon oraz Olgas są zamykane. Zazwyczaj można wejść we wczesnych godzinach porannych. Warto  sprawdzić i w razie czego wystartować o świcie.

Udanego zwiedzania Outbacku!

05_outback04_outback

Zawartość piasku w piasku

Title 001 Northern Beaches

Gdy tylko do Sydney przychodzi lato a dni stają się prawdziwie upalne – miasto weekendami wygląda jak opuszczone. Sklepy są pozamykane, i oprócz paru miejsc nie da się praktycznie nic załatwić ani kupić. I nic w tym dziwnego, ponieważ żar jaki leje się wtedy z nieba jest zwyczajnie nie do wytrzymania. Ciało odruchowo lgnie do miejsc zacienionych albo tam gdzie poczuć można lekką choć bryzę oceanu. Wtedy każdy kto może jedzie oczywiście na plaże.

01 Sydney Beaches
W całym Sydney jest ok 70 plaż. Tych mniejszych, ukrytych i z dala od często uczęszczanych i łatwo dostępnych szlaków, ale i też tych najbardziej znanych. Jeśli ktoś polega na komunikacji miejskiej to wybiera się na jedną z najbardziej znanych jak Bondi Beach, Coogee Beach czy Cronula Beach (ta ostatnia jest dostępna prawie prosto z pociągu).

02 Sydney Beaches
03 Sydney Beaches
Jednak te na prawdę piękne plaże znajdują się z dala od miasta. Między innymi na tym polega ich urok. Są duże, niezbyt zatłoczone albo nawet puste i dają prawdziwe wytchnienie od betonowej dżungli. Bardzo często plaże leżą jedna koło drugiej i są połączone deptakami i tzn cliff walks – ścieżkami przemykającymi nad klifami i w buszu. Wystarczy znaleźć taką ścieżkę na końcu jednej plaży aby za kilka chwil znów mieć przed sobą piękny widok na piasek i zalewające go fale. Dla nas, którzy niestety na plaży zbyt długo nie wyleżą, taka forma odpoczynku jest idealna.

04 Sydney Beaches
07 Northern Beaches
Wokół tych pięknych miejsc znajduje się oczywiście cała masa innych rozrywek. Można znaleźć piękne, malowniczo położone kafejki i restauracje, wypożyczyć sprzęt do surfingu, kite surfingu, body bordingu, i na inne deski. Można też wypożyczyć łódkę albo kajak.

05 Sydney Beaches
Te, które nam udało się zwiedzić to tzw Northern Beaches. Można do nich dojechać komunikacją miejską – choć jest to wycieczka od jednej do nawet półtorej godziny w jedną stronę. Jeśli dodamy do tego czas potrzebny aby znaleźć się na przystanku w środku miasta to robią się z tego już długie wypady – a to ciągle Sydney. Jednak na prawdę warto.

06 Northern Beaches
08 Northern Beaches

Praca w Australii – jak znaleźć?

ability_teacher

Często pytacie – jak znaleźć pracę w Australii? Czy jako Polak mam szansę? Czy uznają moje kwalifikacje? Jak się przygotować? itp. Lista jest długa. Nie będziemy oryginalni, ale powiemy – to zależy… Bo nie ma jednej słusznej odpowiedzi, jedynego uniwersalnego sposobu na sukces. Czynników, które decydują o tym, czy się uda jest zbyt wiele. Warto wziąć pod uwagę, że to nowy rynek, inne wymagania, zwyczaje, kultura i język. Znalezienie pracy, szczególnie takiej, która da satysfakcję będzie pewnie wyzwaniem. Ale – wszystko jest możliwe, uszy do góry!

Czy szukanie pracy w Australii jest trudne?

Cóż – jak wszędzie. To pewien proces i na pewno wymaga wysiłku i zaangażowania. Żeby nieco uprościć – powiedziałabym, że to jaką pracę znajdziecie zależy od takich elementów jak:

Waszego wykształcenia i doświadczenia – w Australii z pewnością bardziej niż wykształcenie liczą się kompetencje. Co więcej wasze dyplomy uniwersyteckie z Polski nie zawsze będą się tu liczyć i niekoniecznie będą rozpoznawalne. Natomiast, jeśli macie solidne doświadczenie zawodowe, świetnie znacie język angielski, czujecie się dobrze w tym co robicie, jesteście w stanie przedstawić wasze osiągniecia (np. portfolio) albo rekomendacje od byłych pracodawców – wasze szanse na pewno są bardzo wysokie i możecie walczyć o posady na równi z innymi. Australia stoi otworem.
W temacie wykształcenia dodam jeszcze, że jeśli myślicie poważnie o emigracji, warto rozważyć podjęcie studiów wyższych (i nie mam tu na myśli kursów zawodowych w collegu :)) Dobre studia w Australii to spora inwestycja, ale na pewno zwróci się z czasem.

Waszej determinacji – o swoje zawsze należy walczyć. Nie ma co liczyć, że jeśli będziecie siedzieć w domu przed komputerem praca sama was znajdzie. I nie mówię tylko o tym, żeby śledzić ogłoszenia pracy i wysyłać CV. Rozmawiajcie, dopytujcie na forach, odwiedźcie agencje pracy, a przede wszystkim nawiązujcie kontakty, doszkalajcie język, gromadźcie lokalne doświadczenie – nawet jeśli przyjdzie wam wykonywać pracę daleką od wymarzonej. Bez wątpienia przyda się cierpliwość i wytrwałość… i czasem odrobina pokory. Znam tutaj osoby, które zaczynały od zbierania gumy do żucia w stacji metra, po roku pracują w australijskiej firmie na stanowisku menadżerskim…

Waszego szczęścia – teoretycznie jest to czynnik trochę niezależny od Was, ale przecież szczęściu należy pomagać. Po doświadczeniach z szukaniem pracy w Polsce sami wiecie, że czasem dobrą posadę znajduje się właśnie poprzez fart – dobre pierwsze wrażenie, ciepłe relacje, które uda się zbudować na wstępnej rozmowie, cenną informację od znajomego o wolej pozycji, rekomendację itp. Rozglądajcie się wokół i myślcie pozytywnie.

Od czego zacząć? Od wizy.

Pierwsze pytanie, jakie usłyszycie od każdego potencjalnego pracodawcy to: Jaką ma Pan/Pani wizę? Wiza to najważniejsza kwestia, bo jest pozwoleniem na pracę. Tak więc zanim spakujecie walizki i ruszycie na antypody, postarajcie się o dokument, który umożliwi wam podjęcie legalnej pracy – najlepiej w zawodzie.

Idealnie, jeśli macie szansę otrzymania wizy pracowniczej (skilled), sponsorowanej, czy partnerskiej itp. Taki papier daje wam możliwość pracy w pełnym wymiarze czasu.
Pracować możecie również na krótkoterminowych np. studenckiej lub Work and Holiday. Tyle, że tu urząd imigracyjny nałożył limity, które dyskwalifikują was przy pracach na pełnym etacie (więcej doczytacie tutaj).

Jedno jest pewne – wiza ma znaczenie.

Pierwsza praca

Znalezienie pierwszej pracy w Australii zajmuje średnio 2-3 tygodnie (tak twierdzą Ci, który próbowali). Prawdopodobnie nie będzie to od razu wymarzona praca, ale od czegoś warto, a nawet trzeba zacząć.

Na pewno bardzo szybko – a czasem z dnia na dzień znajdziecie pracę dorywczą np. w gastronomii, budowlance, opiece nad dziećmi, sklepach, sprzątaniu itp. – to również obszary, w których najczęściej pracują osoby na wizach tymczasowych (studenci i backapakersi).

Bardziej poważna praca (w tym znalezienie sponsora) może zająć nieco więcej czasu. Jak wiadomo Australijczycy są dość zrelaksowani – również jeśli chodzi o swoje podejście do pracy. Firmy potrafią prowadzić rekrutacje przez kilka tygodni. Oznacza to, że nawet, gdy już zostaniecie zaproszeni na rozmowę – na odpowiedź zazwyczaj poczekacie.

Jak się przygotować i gdzie szukać?

Jak powyżej, każdy z was będzie w innej pozycji startowej i będzie miał inne aspiracje. Różne branże wymagają też nieco innego podejścia i przygotowania.

Przykładowo – przylatujecie jako studenci lub bacpakersi. Jeśli myślicie o pracy w gastronomii zapomnijcie o wysyłaniu CV przez maila! Wydrukujcie parę egzemplarzy i ruszajcie w miasto. Jeśli szukacie w budowlance – zacznijcie od nawiązywania kontaktów z Polonią i sprawdzania np. grup na Facebooku. Ta branża zdecydowanie szuka pracowników.

Jeśli aspirujecie na nieco poważniejsze stanowiska – warto pomyśleć o:
1. Przygotowaniu australijskiego wzoru CV – tutaj życiorys kandydata nazywa się RESUME i ma trochę inne standardy niż te nam znane. W Internecie znajdziecie mnóstwo wskazówek i bezpłatnych wzorów. I naprawdę – zacznijcie od dobrego życiorysu;)
2. Podkreśleniu swoich atutów. Warto zebrać dokumenty, listy rekomendacyjne, przygotować portfolio – słowem wszystko, co będzie wsparciem dla resume. Szczególnie cenne będzie to, co podkreśli międzynarodowe doświadczenie, umiejętności i dobry poziom języka.
3. Rekomendacjach. Australijczycy bardzo lubią listy rekomendacyjne, a czasem nawet zasięgają konsultacji u byłych pracodawców. Warto postarać się o takie dokumenty, nawet wystawione w Polsce (byle napisane po angielsku ;))
4. Zapoznaniu się z lokalnymi wymaganiami i przepisami prawnymi. W Australii rządzi reguła – Safety First. Bardzo wiele stanowisk będzie wymagało wcześniejszych szkoleń, certyfikatów, dokumentów potwierdzających uprawnienia. Sprawdź temat zanim zaczniesz rozsyłać zgłoszenia.
5. Założeniu konta na LinkedIn i networkingu. W Australii LindekIn jest bardzo popularny. Wielu pracodawców właśnie tam zamieszcza ogłoszenia rekrutacyjne. Inni z pewnością zajrzą na wasz profil weryfikując resume. Warto zadbać, aby konto było aktualne. W Down Under bardzo ważny jest networking – albo jak wolicie „znajomości”, a cenny kontakt liczy się tutaj bardziej niż w Polsce. Rekomendacja, dobre słowo, poznanie właściwej osoby na właściwym stanowisku może mieć ogromne znaczenie. Więc raz jeszcze – budujcie kontakty i dajcie się poznać.

Ten wpis oczywiście nie wyczerpuje tematu szukania pracy w Australii. Mam jednak nadzieję, że dla części z was będzie światełkiem w tunelu. Raz jeszcze podkreślam, każdy będzie miał inną drogę, inne cele i własne doświadczenia. Pytajcie, rozmawiajcie, słuchajcie porad innych – i adaptujcie do siebie.

Dodam też, że nie jesteśmy specjalistami od australiskiego rynku pracy, a porady wynikają z naszych osobistych doświadczeń i spostrzeżeń 😉

Linki do serwisów pracy znajdziecie tutaj.

Zajrzyjcie też do PORADNIKA po inne informacje na temat wyjazdu do Australii.

Blue Mountains – góry, moje góry

01 Blue Mountains Sic Foot Track

Nie ma co ukrywać, że Sydney pięknym miastem jest. Klimat, ludzie, położenie. Jest tu wszystko – parki, plaże, ocean i nawet góry w pobliżu! Góry Błękitne są niecałe 100 km na zachód od Sydney. Ogromne i piękne tylko czekają, żeby się do nich wybrać.

W Down Under, czyli inaczej

Nazwa Góry Błękitne pochodzi od rosnących tutaj lasów eukaliptusowych. Kiedy słońce przygrzeje, czyli bardzo często, olejki eteryczne z liści zaczynają się ulatniać i powodują, że z odległości kilkuset metrów cały obszar wygląda jakby pokryty był delikatną, niebieskawą mgiełką.

02 - Blue Mountains panoramaNajwyższy wierzchołek w Blue Mountains, nienazwany do tej pory punkt na mapie, ma raptem on 1189 m.n.p. Co więcej, dużo szlaków znajduje się wśród “dolinek” i niekoniecznie wyprowadza zwiedzających na jakiekolwiek wzniesienia. Często jest tak, że aby dostać się na szlak trzeba zacząć od schodzenia mocno w dół, żeby “góry” obserwować już z kompletnie płaskiego terenu. Innymi słowy, można wybrać szlak wzdłuż klifów, ale nie zabraknie też płaskich otwartych przestrzeni, jakby prosto z filmów o dzikim zachodzie.

03 - Blue Mountains Six Foot Track

04 - Six Foot Track Blue Mountains

Turystycznie, ale i tak pięknie

Nasz pierwszy kontakt z Blue Mountains był doznaniem typowo turystycznym. Do największej atrakcji, czyli trzech skał noszących nazwę Three Sisters można dojechać pociągiem, autobusem i oczywiście samochodem. Można robić zdjęcia tych skał na tle wspomnianych wcześniej krajobrazów. A wszystko to bez stawiania nawet jednego kroku na szlaku. Jak to możliwe? Cóż, jesteśmy w Australii. W kraju, gdzie wszystko jest miłe, proste i przyjemne. I rzecz jasna bezpieczne. A taki szlak to przecież kamienie, rośliny, a może nawet i jakieś zwierzęta – a wszystko trudne, brudne i potencjalnie niebezpieczne. Oczywiście można iść na szlak i przejść nawet spory odcinek wśród pięknej roślinności. Wszystko jednak jest ogrodzone barierkami, czy poręczami, są też schodki i deptaczek…

05 - Blue Mountains
06 - Blue Mountains
Dodatkowo – warto wiedzieć, że miejsce z którego jest najlepszy widok na Three Sisters to ogromny parking i plac z ławeczkami, kawiarenkami, sklepem z pamiątkami i oczywiście tysiącami turystów pozującymi do idealnej fotki. Fakt – zdjęcia, jak to poniżej, wychodzą piękne.

07 - Blue MountainsThree Sisters
08 - Blue Mountains Three Sisters
09 - Blue Mountains Three Sisters

Samo się nie przejdzie

Na dłuższą, dwudniową wycieczkę wybraliśmy się podążając Six Foot Track – jednym z najbardziej znanych i popularnych szlaków. Prowadzi on z miejscowości Katoomba (do której można dojechać pociągiem), aż do Jenolan Caves. Ma długość 44.3 km więc można go przejść w trzy dni, oczywiście nocując po drodze – ale o tym za chwilę.

10 - Blue Mountains Six Foot Track
11 - Blue Mountains Six Foot Track
12 - Blue Mountains Six Foot Track
Six Foot Track faktycznie jest wart przejścia. Wiedzie przez piękne tereny lasów eukaliptusowych, ale również przez otwarte przestrzenie z malowniczymi “szczytami” w tle. Tuż przed dojściem do pierwszego campingu czeka niespodzianka – wiszący, stalowy most. Wybudowany, aby móc przekroczyć rzekę, gdy zamienia się ona w wartki strumień. Przejście mostem to dodatkowa atrakcja i mała porcja adrenaliny :).

13 - Blue Mountains Coxs River Bridge
14 - Blue Mountains Coxs River Bridge
Po 15 km marszu dotarliśmy do Coxs River Campsite. Na campingu zastaliśmy zarówno tych, co przyszli tu pieszo, jak i tych, którzy przyjechali swoimi 4×4 – można tam dojechać posiadając odpowiednie auto. Łatwo odróżnić jednych od drugich po wielkości namiotów, po ilości sprzętu, specjalnych fotelikach, lodówkach turystycznych z piwem, latarkach, stolikach, itd. – albo po braku takowych sprzętów, bo wiadomo trzeba by to wszystko nieść ze sobą przez cały dzień przy 34C. Nasuwa się pytanie – czy to wszystko jest niezbędne? My zainwestowaliśmy niecałe 20 AUD w najtańszy namiot z K-Mart’a – też dał radę! Do tego był śliczny, bo w palemki :)
15 - Blue Mountains Coxs River Campground

W Bieszczady z Kangurami

Jak się chodzi po Blue Mountains? Chyba najbliżej im do naszych Bieszczad – ze spokojnymi szlakami, małymi wzniesieniami, i dużymi otwartymi przestrzeniami. Różnice są oczywiście łatwe do zauważenia. Przede wszystkim temperatury i związana z tym ilość wody, którą trzeba ze sobą nieść. Nie zawsze można liczyć na strumień, zwłaszcza latem, a na kempingach zazwyczaj bywa jedynie deszczówka.

Po drugie przyroda, która jest niesamowita i kompletnie inna od naszej. W dzień towarzyszą nam piski i skrzeki przeróżnych papug, a po krzakach chowają się jaszczurki i jakieś inne małe zwierzaki. W nocy wystarczy odejść trochę od kempingu, by usłyszeć skaczące nieopodal kangury, które zamierają jak zahipnotyzowane, gdy złapać je światłem latarki. Po drzewach skaczą oposy i pewnie inne wiewiórki. Dodatkowo, gdy spojrzeć w górę to nad nami rozpościera się piękne niebo, które chyba tylko w górach może być tak gwieździste i magiczne – bez względu jakie i gdzie te góry są.

16 - Blue Mountains Six Foot Track
17 - Blue Mountains Coxs River

Urodziny Buddy

urodziny buddy_01

Niewątpliwą zaletą mieszkania w tak multikulturowym mieście jak Sydney jest możliwość podglądania, czy podziwiania innych kultur i religii. Wydarzenia, które w Polsce nie mają i długo mieć jeszcze nie będą mieć miejsca, tutaj są na porządku dziennym i wpadamy na nie chcąc nie chcąc… ot choćby podczas niedzielnego spaceru.

Mamy na przykład takie Urodziny Buddy. Jest taniec smoka, ceremonia oczyszczenia, błogosławieństwo z okazji dnia matki i błogosławieństwo dzieci, są koncerty oraz ceremonie afirmacyjne.

Można wysłuchać wykładu o odnowieniu umysłowym, porozmawiać z mnichem, zakupić kolorowe i (jak to bywa, nieco tandetne) dewocjonalia, pomodlić się, posmakować kuchni azjatyckiej – atrakcji do wyboru do koloru. Wszystko w duchu Happiness and Peace przy pięknej słonecznej pogodzie.

I jak tu nie lubić Australii? 😉

Ps. Wpis powstał jakiś czas temu… niestety dopiero teraz doczekał się publikacji…. przepraszamy 😉

urodziny buddy_02
urodziny buddy_03
urodziny buddy_04
urodziny buddy_05
urodziny buddy_06
urodziny buddy_07
urodziny buddy_08
urodziny buddy_09

Spacer po klifach, czyli prawie jak w górach

01_spacer po klifach

Są pewne rzeczy, za którymi Smoki tęsknią ogromnie. Bez cienia wątpliwości jedną z nich są góry. Zaraz ktoś powie, że Nowa Zelandia rzut beretem, a Snowy Mountains raptem 6 godzin drogi… no ale Tatry, to Tatry – i były na wyciągnięcie ręki.

W poszukiwaniu górskiego klimatu trekkingujemy więc, gdzie się da. Zahaczyliśmy już kilka razy o Blue Mountains (o tym relacja za czas jakiś) i regularnie dreptamy po okolicznych klifach. Cieszymy się jak dzieci wdrapując się na każdą, kolejną skałkę. Morska bryza i słońce na twarzy robią swoje. Od razu lepiej.

Miejscówki, które jak do tej pory podobały nam się najbardziej:

Royal National Park Bundeena to Marley Head Walk

Royal National Park znajduje się nieco poza Sydney i niestety nie jest szczególnie skomunikowany. RNP oferuje za to mnóstwo pięknych i dzikich tras. Zdecydowanie można tu odpocząć od zgiełku miasta oraz podziwiać prawdziwie australijski krajobraz.

Trasa na Marley Head ma około 7 km (w dwie strony) i prowadzi przez busz, piaszczyste ścieżki, klify i skały. W pełni lata, słońce może dać się we znaki, ale sama trasa do trudnych raczej nie należy.

Po drodze mijamy znaną z turystycznych zdjęć, lśniąco-białą skałę o dźwięcznej nazwie Wedding Cake Rock (ostatnio pojawiły się informacje, że „tort” osuwa się do morza… więc teraz można go jedynie podziwiać z odległości) i docieramy do pustej, dzikiej plaży – Marley Beach, idealnej na odpoczynek.

02_royal national park
03_royal national park
04_royal national park
05_royal national park
06_royal national park
07_royal national park

Manly to North Head Sanctuary Walk

Spacer zaczynamy na Manly Beach, mijamy Shelley Beach i pniemy się w górę. Cała trasa (z powrotem) ma długość około 10 km i nie jest za szczególnie wymagająca. Za to widoki – znakomite!

Droga prowadzi przez klify i busz. Po drodze można spotkać całą masę zwierzaków (nam na drodze stanęła np. kolczatka), zobaczyć kilka historycznych pomników, czy zwiedzić stary North Fort, który pełnił swą rolę podczas II wojny światowej. Spacer kończy się spektakularnym widokiem na Sydney CBD.

08_Manly walk
09_Manly walk
10_Manly walk
11_Manly walk
12_Manly walk

Taronga ZOO to Balmoral Beach Walk

Podobnie łatwy i przyjemny, około 2 godzinny spacer w samym centrum miasta. Trasa zaczyna się pod Taronga ZOO (najlepiej dostać się tam promem – „ferry”:)).

Na samym początku lądujemy na Bradleys Head – kolejnej historycznej miejscówce, skąd możemy podziwiać operę, most i CBD. Nieco później wchodzimy na Chowder Head, który oferuje równie efektowny widok.

Droga prowadzi poprzez busz, łąki, plaże, klify itp. Można zatrzymać się na kawę lub lunch, bo po drodze spotkamy kilka bardzo przyjemnych restauracji i kawiarni. Spacer kończy się na Balmoral, gdzie można odpocząć na plaży albo skosztować osławionych fish and chips.

13_Balmoral walk
14_Balmoral walk
15_Balmoral walk
16_Balmoral walk
17_Balmoral walk
18_Balmoral walk
19_Balmoral walk
20_Balmoral walk
21_Balmoral walk

Australijskie słodkości, czyli o koali i innych takich

zwiarzaki-australia-01

Wbrew ogólnej opinii, nie wszystko w Australii chce cię zjeść. Faktem jest, że im dalej od dużego miasta tym pająki, węże, jaszczurki i inne okropieństwa rosną jakieś większe – ale nie o tym ten wpis. Tym razem przyjrzymy się takim zwierzakom, dla których akurat warto przyjechać, choćby tylko do Sydney.

Zacznijmy od koali. Jak koala wygląda, i że jest straszny z niego słodziak, wie chyba każdy, ale szczerze powiedziawszy dopiero gdy zobaczy się tego misia (a konkretnie to torbacza) na własne oczy, to można zrozumieć czemu wszyscy o nim mówią. Nie dość, że jest pluszowy jak prawdziwa zabawka, ślicznie pachnie, to jeszcze przez ciągłe obżeranie się eukaliptusami jest tak słodko śpiący i niemrawy, że każdy chce go przytulić :)

zwiarzaki-australia-02
zwiarzaki-australia-03-1

Nie wierzyłem, że one są tak ciągle zaspane dopóki w Koala Life Sanctuary (gdzie można sobie takiego pogłaskać) pani zoolożka nie zdjęła jednego z drzewa i nie posadziła na poręczy, ku uciesze wszystkich zgromadzonych dzieci wokoło. Tak, przy koali nawet dorośli zaczynają zachowywać się jak dzieci w trakcie rozpakowywania prezentów. A co zrobił koala w związku z przeniesieniem go z drzewa na poręcz i w objęcia zachwyconej gawiedzi – a co mógł zrobić? Zasnął. Nie pomogło głaskanie, wspólne zdjęcia, wołania i piski radości. Koala spał w najlepsze.

Jeśli koala jest słodki, to nie wiem czy wytrzymałbym słodycz spotkania młodego koali – sami jeszcze takiego nie widzieliśmy, ale jak wygląda można zobaczyć na filmiku :)

Oprócz koali mamy jeszcze oposy. Te zwierzaki nie są tak słodkie jak koala (chyba nic nie jest), ale za to są bardzo ciekawskie i nie specjalnie boją się ludzi. Co więcej, zdecydowanie łatwiej je spotkać, nawet w samym centrum miasta, a to raczej niemożliwe z koalami. Dodatkowo, nie siedzą na dwudziesto-kilkumetrowych eukaliptusach, tylko prowadzą naziemny i nadrzewny tryb życia – czyli zwyczajnie biegają w parkach. Dość łatwo znaleźć też miejsca, gdzie można je np. karmić. Aha, i są o wiele bardziej interaktywne niż koale tzn. nie zasypiają przy każdej możliwej okazji!

zwiarzaki-australia-04
zwiarzaki-australia-05

Bardzo pozytywnym zaskoczeniem wśród lokalnych słodziaków była kolczatka. Jak wygląda polski jeż, i że jest bardzo słodki, wie każdy – a kolczatka to taki tutejszy odpowiednik jeża. Człapie sobie takie coś pod krzaczkami i niucha swoim małym noskiem. To zwierzątko – trochę brzydkie z wyglądu i bynajmniej nie pluszowe, ale na swój nieporadny i kolczasty sposób, niezwykle przyjemne. Dość łatwo je spotkać, może nie w samym mieście, ale już w większych parkach jak najbardziej.

zwiarzaki-australia-06

Nie wspomnę już o tym, że najłatwiej spotkać kangura – ale o tym pisaliśmy tutaj>>

Taka jest Australia – i trzeba być przygotowanym na spotkania z większą ilością różnych słodziaków. Owady, ptaki, jaszczurki i inne stworzenia … a wszystko kolorowe, niepowtarzalne, wcale nie takie płoche i łatwe do spotkania w niezapomnianych okolicznościach przyrody :)

zwiarzaki-australia-08
zwiarzaki-australia-09-1
zwiarzaki-australia-10
zwiarzaki-australia-11

Do tematu zwierzaków w Australii pewnie jeszcze wrócimy…

Nie taki IELTS straszny… część DRUGA

IMG_0235

Poradnik jak zdać IELTS – część 2/2

Wracając do naszego poradnika:

Po czwarte – napiszmy to jeszcze raz

Pisanie jest kolejną częścią egzaminu, w której znajdziemy spore różnice pomiędzy wersją general i academic. W wersji general wymagana będzie odpowiedź na list w limicie 150 słów oraz esej (za/przeciw bądź wyraź opinię) na 250 słów. W wersji academic znajdziemy opis wykresu, mapki albo innych równie “prostych” elementów graficznych na 150 słów. Zadaniem drugim, podobnie jak w general, jest esej (za lub przeciw) w limicie 250 słów. Niby nic trudnego. Tyle tylko, że na oddanie gotowych prac mamy łącznie 60 minut. PORADA. Pierwsze zadanie w obu wersjach to mniejsza ilość punktów do zdobycia, więc nie powinniśmy zbytnio nad nią pracować – maksymalnie 20 minut. KOLEJNA PORADA jest taka, że nie będziemy mieć czasu na przepisanie naszych odpowiedzi na czysto, więc należy dobrze zaplanować tekst. O tym, że charakter pisma musi być czytelny, i że trzeba się wyrobić na czas nie będę nawet wspominał, to oczywiste.

Po piąte – to ja sobie tutaj poczekam

Część ostatnia, czyli mówienie wydaje się być najłatwiejsza, bo trwa maksymalnie 14 minut. Wszystko pięknie – tyle, że niekoniecznie odbywa się ona zaraz po trzech poprzednich częściach. Co to oznacza w praktyce? PORADA KOLEJNA. Należy nastawić się nawet na 3 godziny czekania. Zdarza się również, że odbywa się ona w inny dzień. W trakcie tej części będziemy odpowiadać na trzy rodzaje pytań. Po pierwsze: coś o sobie. PORADA PRAWIE OSTATNIA. Odpowiedzi warto sobie wcześniej  przygotować – listę potencjalnych pytań można znaleźć na niezliczonych stronach w Internecie. Na egzaminie dostaniemy kartę z tematem, o którym mamy mówić przez dwie minuty, plus ewentualne pytanie lub dwa od egzaminującego. Następnie wdamy się w mini dyskusję związaną z omawianym tematem. PORADA OGÓLNA. Egzaminujący nie ma możliwości sprawdzenia naszych opinii bądź autentyczności podawanych informacji, więc nie warto marnować czasu na próby przypomnienia sobie szczegółów. Trzeba zawsze pamiętać, że ta część ma na celu zademonstrowanie umiejętności wypowiadania się po angielsku i zaprezentowania naszego poziomu języka. Jeśli więc pracujemy jako technik specjalista do spraw rozmnażania pyłkowego roślin okrytonasiennych, a fascynujemy się teleinformatyką molekularno-kwantową to może jednak łatwiej będzie opowiedzieć o naszej fikcyjnej pracy jako pracownik biurowy i hobby typu jazda na rowerze bądź na nartach…

IMG_0243

Po szóste – wolne wnioski

Jak można przeczytać powyżej, sam egzamin jest “dziwny i trudny”, ale głównie ze względu na swoją formę. Sam podchodziłem do niego pod koniec zeszłego roku (wersja academic) i jak widać na zdjęciach wynik był jak najbardziej zadowalający – i faktycznie używałem wszystkich porad i technik wspomnianych powyżej. Trzeba pamiętać, że nie pomogą one, jeśli nasz poziom języka jest za niski na wymaganą ocenę. Sam wynik jest jednak wypadkową poziomu wiedzy językowej i tej z zakresu technik zdawania tego konkretnego egzaminu.

Z mojego doświadczenia w nauczaniu, wygląda to tak: studenci na poziomie Intermediate B1 przy pierwszym podejściu uzyskują np. 8/40 z czytania academic, ale po paru tygodniach ćwiczenia samych technik ich wynik jest już powyżej 20/40. I nie mówimy tu o czasie spędzonym nad ćwiczeniami gramatycznymi, słownictwem, itd.

I na koniec – perełki z Down Under

W Australii wiadomo – safety first, follow the rules i generalnie nastawienie na jakość na każdym kroku. Na salę mieszczącą około 200 zdających nie można wnieść niczego oprócz paszportu, ołówka i karty egzaminacyjnej. Woda tylko w przeźroczystych, nieoznakowanych butelkach albo wcale. Przy wyjściu do toalety siedzi Pan i rejestruje na komputerze oraz czytniku linii papilarnych … kto, gdzie, z kim… Wszyscy grzecznie stoją w kolejce i odciskają paluszka. Trzeba to było oczywiście zrobić też wcześniej, zapisując się na egzamin. A za samo wniesienie telefonu na salę, nawet w kieszeni (bo torby, torebki ani nawet misia na szczęście oczywiście nie wolno) egzamin jest od razu za oblany.

Hmm, ciekawe, czy u nas by się to wszystko przyjęło…
Ktoś ma doświadczenia z Polski i chce się podzielić?

IMG_0239

Potrzebujesz więcej praktycznych porad na temat wyjazdu do Australii?
Zajrzyj do naszego PORADNIKA.

Nie taki IELTS straszny… część PIERWSZA

IMG_0229

W kolejnym poście kilka porad na temat IELTS. Egzamin jest tak popularny, że każdy kto planuje albo już mieszka w Australii musiał na pewno o nim słyszeć. Sam egzamin przeraża i na pewno zaskakuje – zwłaszcza jeśli podchodzi się do niego po raz pierwszy.

I co – ja nie zdam?

“G’day mate” to zdecydowanie po australijsku, ale niestety na egzaminie nie przejdzie. IELTS to egzamin Cambridge, czyli wymagane są standardy brytyjskie, a nie z Down Under. Dodatkowo struktura egzaminu jest tak “specyficzna”, żeby nie użyć innych określeń zasłyszanych w Sydney, że nawet nativi mają z nim problem. I to jest zazwyczaj największą przeszkodą, aby zdać go na odpowiednim poziomie. Sam egzamin sprawdza zdolność słuchania, czytania, pisania oraz mówienia. Tutaj pierwsza dobra wiadomość – nie ma oddzielnej sekcji dot. gramatyki. Ale po kolei.

Po pierwsze – a po co to komu?

Egzamin IELTS jest tak popularny, bo do niedawna jedynie on pozwalał aplikować o większość wiz wymagających potwierdzonej znajomości j. angielskiego. I tutaj PIERWSZA PORADA. Według najnowszych wytycznych zamiast IELTS można wykazać wynik Cambridge English: Advanced (CAE) – średnio 154 punkty/minimum 147 na każdy etap (szczegóły znajdziecie na stronie urzędu imigracyjnego).

Egzamin IELTS występuje w dwóch wersjach: general i academic. PORADA DRUGA. Zanim zaczniecie się uczyć, warto sprawdzić, który rodzaj egzaminu jest wymagany do danej wizy. Academic jest zdecydowanie trudniejszy i wymaga więcej czasu na przygotowanie.

Po drugie – czy może Pan powtórzyć?

Zaczynamy od słuchania. I tutaj niespodzianka – każdy z czterech tekstów usłyszymy aż… jeden raz. I tyle. Jeśli nie udało się Wam zanotować odpowiedzi, a lektor podaje już kolejną – niestety, tego punktu już nie zdobędziecie. Jest to zazwyczaj dość duży szok dla zdających. Sam test może wydawać się łatwy bo trwa „tylko” 30 minut. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę, że jest to kilka rodzajów zadań – a są to zarówno pytania wielokrotnego wyboru, czyli ABCD, pytania o konkretne słowa albo parafrazowanie usłyszanej wypowiedzi – to robi się nieco trudniej. Dodatkowo zdarzają się wykresy, tabelki oraz mapki, które należy opisać. Na szczęście, po zakończeniu słuchania mamy dodatkowe 10 minut na przeniesienie odpowiedzi na odpowiednie karty.

Jak to wszystko usłyszeć, wyłapać i zanotować? Szczera odpowiedź jest taka, że bardzo ciężko. I tutaj TRZECIA PORADA. Nie ma na co czekać. Bardzo dużą cześć odpowiedzi da się przewidzieć na podstawie pozycji słowa w zdaniu, kontekstu, czy według kategorii wymaganego słowa tj. czy pasuje czasownik, czy może rzeczownik itd. Dodatkowo, spora cześć odpowiedzi będzie po prostu naturalna i można teoretycznie ją podać nawet bez słuchania. Innymi słowy zadania należy wypełnić „w głowie” przed słuchaniem, a sam tekst potraktować jako potwierdzenie naszych przewidywań. I tutaj KOLEJNA PORADA. Każdy kolejny tekst jest trudniejszy od poprzedniego. Czyli ten pierwszy będzie łatwy a ostatni, czwarty najtrudniejszy. I to w tym pierwszym najłatwiej zastosować powyższe zasady.

Po trzecie – a trzeba to wszystko czytać?

Czytanie jest chyba drugą najtrudniejszą częścią – zaraz po pisaniu (o tym nieco później). Tutaj warto pamiętać, że ta cześć różni się w zależności czy zdajemy general czy academic. W general są to teksty krótsze i bardziej przyswajalne tj. takie które relatywnie łatwo zrozumieć. W wersji academic teksty są długie, dość zawiłe i sprawiają zdecydowanie więcej trudności. Podstawą jest dobre zaplanowanie czasu, bo tego znowu nie ma za wiele.

Ale po kolei. Mamy 3 sekcje i cały zestaw pytań. KOLEJNA PORADA. Należy bardzo uważnie czytać instrukcje. Zdarza się, że wymagają one użycia np. nie więcej niż dwóch słów jako odpowiedzi. Wtedy należy sparafrazować tekst tak, aby się zmieściło. To jest taki ukryty element gramatyki, który co prawda nie jest testowany osobno, ale zdecydowanie wymagany w tego typu ćwiczeniach. Wracając do czasu – mamy 60 minut, czyli po 20 na każdą sekcję –  tekst i połączone z nim pytania. UWAGA: tym razem nie dostaniemy dodatkowego czasu na przeniesienie odpowiedzi na specjalną kartę, wiec trzeba to uwzględnić w planowaniu naszej pracy.

Jak dobrze zdać tą część? PORADA chyba SZÓSTA. Tak jak w przypadku słuchania, należy przewidywać odpowiedzi. Zdecydowanie warto zastosować też dwie dodatkowe techniki tj. skimming i scanning. Pierwsza technika polega na tym, że koncertujemy się jedynie na wybranych elementach tekstu (jakich to już dłuższa historia) i szybko „ogarniamy” materiał według odpowiedniego wzorca. Druga to odnajdywanie konkretnych słów bądź zwrotów (jak to robić, też innym razem). WAŻNA PORADA. Uważne i spokojne przeczytanie wszystkich trzech tekstów, zwłaszcza w wersji academic, graniczy z cudem. Lepiej opanować odpowiednie techniki i wiedzieć, co i w jaki sposób przeczytać, a potem odnieść się do samych pytań.

W części pierwszej poradnika tylko albo aż tyle…

IMG_0226

 

Podrzucamy też kilka przydatnych linków:

http://www.ielts.org/
http://www.ielts.org/pdf/IELTS%20Information-for-Candidates-March%202015.pdf
https://www.youtube.com/user/IELTSOfficial/feed
https://www.youtube.com/user/BCIELTS/featured
IMG_0239

Potrzebujesz więcej praktycznych porad na temat wyjazdu do Australii?
Zajrzyj do naszego PORADNIKA.