Smoki i Kangury

KategoriaAustralia

Przeprowadzka na antypody, czyli jak znaleźć mieszkanie w Sydney?

mieszkaniewsydney

Wyjazd na drugi koniec świata to nie lada projekt. Wizy, bilety lotnicze, pakowanie. Jest trochę spraw do załatwienia. Wiemy z doświadczenia, że całkiem sporym wyzwaniem staje się nagle znalezienie wygodnego i dostępnego cenowo mieszkania. Dlatego też podrzucamy kilka informacji. Co warto wiedzieć przed wyjazdem i jak sprawnie zorganizować temat mieszkania na miejscu? Oczywiście na przykładzie Sydney.

Lokum na początek

Optymalnie, jeśli macie znajomych, u których moglibyście zatrzymać się na kilka dni. Jeśli nie, pozostają wam bardziej komercyjne opcje:

  • Hotel lub hostel – to w zależności od waszego budżetu. Ceny noclegów w Australii są spore, więc prawdopodobnie skorzystacie z oferty hosteli. Koszt za noc zaczyna się od 25$ (w dormie). Przy dłuższym pobycie oczywiście możecie liczyć na nieco lepsze stawki. Plusem jest to, że macie dostęp do kuchni, więc we własnym zakresie (i tanio) możecie zorganizować posiłek. Minusem – że australijskie hostele nie grzeszą jakością. Spodziewajcie się naprawdę backpakerskich warunków i co najmniej średniego poziomu estetyki…
  • Airbnb – mam nadzieję, że znacie? Ten serwis całkiem sprawnie działa w Australii. Koszty pokoju dzielonego są na podobnym poziomie jak ceny w hostelach. Tyle, że warunki mogą być o niebo lepsze. Cena samodzielnego pokoju – od 40/50$ za noc, a koszt całego mieszkania np. studia 120-150$ za noc. Ceny zależą oczywiście od standardu i lokalizacji.
  • Mieszkanie przez agencję – jeśli w organizacji wizy korzystacie z pomocy agenta, warto zapytać go również o mieszkanie. Prawdopodobnie współpracuje z firmami, które specjalizują się w mieszkaniach studenckich i backpakerskich. Ta opcja będzie pewnie najtańsza – za dzielony pokój zapłacicie od 130/150$ – ale za tydzień! Oczywiście pamiętajcie o zasadzie „you get what you pay for”. Niektóre z oferowanych przez agencje mieszkań są na bardzo przyzwoitym poziomie – czyste, schludne, w pełni wyposażone, a do dyspozycji jest np. basen lub siłownia. Inne mogą być stare, zimne, z odrapanymi meblami, daleko od centrum… i z lokatorami, którzy nie komunikują się po angielsku. Dobrze określcie agentowi wasz poziom oczekiwań.

Swój przytulny pokoik

Oczywiście wcześniej, czy później zabierzecie się za szukanie miejsca, w którym chcielibyście zadomowić się na dłużej. Prawdopodobnie zaczniecie od pokoju w mieszkaniu dzielonym z innymi poszukiwaczami przygód. Ofert wynajmu można szukać w serwisie gumtree (ten na pewno znacie), lub na bardziej lokalnej stronie flatemates.com.au. Ceny oczywiście w zależności od standardu i dzielnicy w granicach: $200-400 za samodzielny pokój / tydzień oraz $120-170 za pokój dzielony. Cena rzecz jasna uzależniona od standardu oraz odległości od centrum miasta.

Wybierając pokój dla siebie zwróćcie uwagę na kilka detali:

Dobrze przyjrzyjcie się lokatorom. Zostaną albo waszymi przyjaciółmi, albo największymi wrogami. Sprawdźcie okna (czy szczelne, duże i czy wpuszczają trochę światła słonecznego). Zimową porą zrozumiecie, że to ma znaczenie. Rzućcie okiem na łazienkę, czy woda pod prysznicem ma ciśnienie, czy ledwo cieknie… itp. I upewnijcie się z iloma osobami ew. musicie ją dzielić.

Szczegółowo dopytajcie o warunki finansowe. Czy media są wliczone w cotygodniowy czynsz oraz jak wysoka jest kaucja zwrotna (czyli bond). Zapytajcie o umowę, bo historia wynajmu na pewno przyda się przy szukaniu własnego mieszkania w przyszłości. Możecie usłyszeć, że klucze (lub kartę) do mieszkania są dzielone z innymi lokatorami. To moment, kiedy należy podziękować i poszukać innego lokum…

Samodzielne mieszkanie

Szukanie mieszkania, które chcecie dzielić tylko z najbliższą osobą może okazać się nie lada wyzwaniem. W Australii ten proces rządzi się nieco innymi zasadami, niż te znane nam z Polski. Rynkiem żądzą agencje nieruchomości i to z nimi głównie będziecie mieć kontakt. Inspekcje (czyli publiczne oglądanie oferowanego lokum) organizowane są o ściśle określonej porze i często tylko jednorazowo (zazwyczaj akurat wtedy, gdy jesteście w pracy). Na inspekcję przychodzi, w zależności od atrakcyjności oferty, kilka albo i kilkadziesiąt osób.

Wynajęcie takiego mieszkania to papierkowa procedura – do agencji trzeba dostarczyć wniosek z wszystkimi możliwymi danymi osobowymi, potwierdzenie środków finansowych, potwierdzenie zatrudnienia, historię poprzednich wynajmów oraz referencje od właścicieli i tak dalej. A potem już tylko loteria, bo aplikantów pewnie będzie więcej. Zdarza się, że (np. na gumtree) pojawiają się oferty wystawiane bezpośrednio przez właścicieli mieszkań. Tu proces na pewno będzie prostszy. Tyle, że trzeba wykazać się refleksem, bo takie okazje znikają w mgnieniu oka.

Jaka jest cena samodzielnego mieszkania w Sydney? Np. za studio zapłacicie od $300-500 za tydzień (bez mediów). Pokój z kuchnią i salonem (one bedroom) – od $450…

Lokalizacja i wyposażenie

I na koniec jeszcze dwa małe tipy. Wyjeżdżając do Australii pewnie marzy wam się romantyczny domek blisko plaży, albo przestronny apartament z widokiem na ocean. Hm… w zasadzie, czemu nie? Wszystko możliwe. Tyle, że za taki komfort na pewno będziecie musieli trochę dopłacić.

Sydney to ogromne miasto, a określenie ogromne – ma swoje znaczenie. Słowem kluczem w wyborze lokalizacji jest – uwaga – dostęp do pociągu. Tą zasadą kierują się tu wszyscy, bo pociąg to jedyny słuszny środek komunikacji publicznej. I tu zła wiadomość… najpiękniejsze miejscówki z dostępem do plaży nie są połączone linią kolejową z miastem;)

Jeśli okaże się, że upatrzyliście sobie idealny pokoik (lub mieszkanie), ale nie umeblowane, nie rezygnujcie. Trochę sprytu i dobrej organizacji i można się wyposażyć nie inwestując, albo inwestując naprawdę niewiele. Macie kilka opcji, gdzie można szukać tanich używanych mebli, albo gdzie takie meble można znaleźć za darmo. Australijczycy często wymieniają domowe wyposażenie, a to czego nie potrzebują wystawiają na ulicę. Można pozbierać całkiem porządne sprzęty. Bardzo popularne są również garażowe wyprzedaże, w sieci znajdziecie mnóstwo serwisów z datą i miejscem takich akcji. Dobrym źródłem jest też gumtree, gdzie inni studenci czy backpakersi pozbywają się dobytku przez wylotem z Down Under.

Warto poświęcić trochę czasu na szukanie. Możecie zamieszkać w całkiem przyjemnym apartamentowcu z własną siłownią oraz basenem i jacuzzi na dachu. Nam się udało 😉

Powodzenia!

Potrzebujesz więcej praktycznych porad na temat wyjazdu do Australii?
Zajrzyj do naszego PORADNIKA.

Zabytki Australii – zwiedzamy więzienia

Old Melbourne Gaol

Zawsze kiedy spotykam Australijczyka, który z dumą opowiada, że jego rodzina jest tu od pokoleń, zastanawiam się – pogratulować, czy wyrazić współczucie? Szacuje się, że co dziesiąty (Wiki twierdzi, że co piąty) Aussie to potomek zesłanego tutaj brytyjskiego skazańca…

Jak to było? Australię w 1606 r. odkryli Holendrzy, ale po kilku niemiłych spotkaniach z lokalną ludnością zdecydowali, że na tym lądzie nie zostaną. Potem trafili tutaj kolejni odkrywcy z Europy, oni również stwierdzili, że miejsce nie ma nic szczególnego do zaoferowania. W końcu przypłynęli Brytyjczycy i Ci uznali, że kraj jest idealny … żeby zrobić tu kolonię karną.

I tak oto na Antypody przez lata przybywali mniejsi i więksi przestępcy z wielkiego królestwa – bez znaczenia, czy byli to drobni rabusie, kieszonkowcy, gwałciciele, czy jeszcze inne bandziory. Kara była jedna – osiem miesięcy statkiem przez ocean, aż do dzikiego, suchego kontynentu. A potem… a to zobaczymy;) I tak oto w ciągu 80 lat (1788-1868), rząd brytyjski wysłał na australijski ląd około 162 tysięcy skazańców. Początkowo więźniowie byli puszczani wolno (a niech sobie chłopaki radzą…), bo odpowiednia infrastruktura nie została jeszcze przygotowana. Potem powstało kilka mniejszych i większych ośrodków m.in. na Tasmanii, gdzie lokowano skazańców.

Australijczycy zupełnie nie mają problemu z akceptacją swoich początków. Choć z drugiej strony, turystom sprzedają raczej aborygeńską, a nie własną historię. Więzienia, baraki i inne pozostałości po tamtych czasach z rzadka widnieją na turystycznych mapach „must see”. Ale, że my jesteśmy dociekliwi, postanowiliśmy zajrzeć tu i tam.

Hyde Park Barrack Museum w Sydney

Wpisany na światową listę UNESCO historyczny obiekt znajduje się w samym sercu Sydney. Szacuje się, że było to centrum największego na świecie i najdłużej trwającego procesu zsyłki więźniów. Przez bramy Barracku, w ciągu niespełna 30 lat (1819-1848) przeszło ponad 50 tys. więźniów. Sam Barrack nie był jednak docelowym miejscem odbywania kary, a jedynie „miejscem przeładunkowym”.

Więźniowe spędzali tam jakiś czas, czekając na transport do właściwej lokalizacji. Trafiali tam mniejsi i więksi rabusie, jednych wysyłano do więzień na właściwą odsiadkę, inni – jako tania siła robocza – odbywali swoją karę u lokalnych możnowładców.

Z czasem, to miejsce pełniło też inne funkcje m.in. azylu i domu starości dla biednych lub niedołężnych kobiet. Mieściły się tam również urzędy lokalnej administracji oraz sale sądowe. Od 1984 r. jest to już wyłącznie muzeum :)

Hyde Park Barrack_01

Hyde Park Barrack_02

Hyde Park Barrack_03

Hyde Park Barrack_04

Hyde Park Barrack_05

Hyde Park Barrack_06

Old Melbourne Gaol

Ten obiekt ma nieco inną i trochę bardziej drastyczną historię. Melbourne Gaol (tak, tak czytamy to jak amerykańskie „jail”) nigdy nie był miejscem schyłki więźniów. Od samego początku (1839 r) pełnił funkcję regularnego więzienia dla lokalnych przestępców, dość surowego więzienia – bo stracono w nim 133 osoby.

Kto tam trafiał? Cóż, poza prawdziwymi złoczyńcami i mordercami, sale więzienne pełne były biedaków, których wina niekoniecznie została udowodniona. Żeby trafić do Gaol’u wystarczyło zostać osądzonym przez pana, albo nawet sąsiada, czy naocznego świadka… Na rzetelne badanie sprawy i sprawiedliwość sądów w tamtych czasach raczej słabo można było liczyć.

Najbardziej barwną postacią przetrzymywaną, a ostatecznie skazaną na śmierć w Melbourne Gaol był słynny Ned Kelly. Gorącej krwi Irlandczyk, zimnej krwi złoczyńca dał ostro popalić lokalnej władzy i stróżom bezpieczeństwa. Ścigany latami, zdążył rozwinąć całkiem spory gang i nieźle nabroić. Jego działalność, a potem pojmanie i głośna, ostatnia walka stały się scenariuszem niejednego filmu. Niektórzy twierdzą, że był prawdziwym prekursorem Iron Mana – kto zna historię wie o co chodzi:)

Old Melbourne Gaol_01

Old Melbourne Gaol_02

 Old Melbourne Gaol_03

The Old Mount Gambier Gaol

Podróżując po południowej Australii, wylądowaliśmy na noc w lokalnym więzieniu.

Do tego więzienia, a dokładnie to do kolejnej historycznej miejscówki, trafiliśmy trochę przypadkowo.

Wyjątkowe jest to, że dziś gaol jest nie tylko muzeum, ale i … hotelem oraz miejscem lokalnych eventów. Można np. wynająć sobie ciemną celę z ogromnymi metalowymi drzwiami, by zostać na noc, albo urządzić rodzinne party na więziennym dziedzińcu. Scenografia miejsca i przeżycia na pewno będą niepowtarzalne.

Ten kolejny więzienny obiekt z bujną przeszłością znajduje się w małym, przytulnym i wymarzonym na emeryturę miasteczku, z nieco francusko brzmiącą nazwą – Mount Gambier. Budynek powstał w 1875 r., z racji coraz mocnej szerzącej się w regionie przestępczości, i pełnił swą funkcję aż do 1995 r.

W areszcie przetrzymywano nie tylko poważnych skazańców, ale również kobiety i dzieci. Jak to wtedy bywało – jedni na karę zasłużyli bardziej, inni mniej, a niektórzy wcale. To miejsce ma wiele historii do opowiedzenia.

Pewne źródła podają, że w murach Mount Gambier Gaol żyją duchy przeszłości. Ci, którzy zostali tam powieszeni, albo sami z rozpaczy odebrali sobie życie… My nie mieliśmy przyjemności spotkać żadnej nocnej mary, ale szczerze podziwiam rodzinę, która opiekuje się, udostępnia gościom i mieszka na co dzień w tym miejscu.

Mount Gambier Gaol_01

Mount Gambier Gaol_02

Jeśli interesują was te miejsca podrzucamy linki do oficjalnych stron >>>
www.oldmelbournegaol.com.au
http://theoldmountgambiergaol.com.au/
http://sydneylivingmuseums.com.au/hyde-park-barracks-museum

 

Po co komu agent, czyli rzecz o studenckich wyjazdach do Australii

agenci

Przeglądając blogi oraz fora dyskusyjne zauważyłam, że od czasu do czasu pojawia się dyskusja na temat agentów edukacyjnych. Niektórzy z was zastanawiają się, czy warto współpracować z agencją aplikując o wizę studencką, czy lepiej wszystko organizować samemu. Zwolenników i jednego, i drugiego rozwiązania jest wielu. Jak to zwykle bywa – ile osób tyle stanowisk.

Podrzucę wam kilka wskazówek. Pisanych z perspektywy byłego studenta, który korzystał z usług takiej agencji oraz z perspektywy obecnego pracownika colleg’u w Australii, który na co dzień ma do czynienia i z międzynarodowymi studentami, i z agentami – tyle, że od kuchni. Może przydadzą się przy podejmowaniu decyzji.

Krótko mówiąć – kilka słów o tym po co wam agent i w jaki sposób dobrze wykorzystać taką współpracę. Na wstępie zaznaczam również, że post nie jest sponsorowany :)))

#1 Łatwiej wybrać szkołę

Podstawą aplikacji o wizę studencką jest zapisanie się do australijskiej szkoły. Takiej, która jest uprawniona do kształcenia międzynarodowych studentów (listę szkół znajdziecie tutaj>>>). I tu zaczyna się zabawa. Jak sami zobaczycie szkół angielskiego, colleg’y i uniwersytetów są dziesiątki, jeśli nie setki. Którą wybrać?

Opinii o szkołach nie znajdziecie za dużo, a ich strony internetowe są dość ubogie. Wybór szkoły to trochę strzał w ciemno. A przecież warto wybrać coś, co będzie zbliżone do waszych oczekiwań i celu wyjazdu >>>. Szkoły oczywiście mocno różnią się ofertą, rodzajem kursów, ich poziomem i samym podejściem do studentów. Równie dobrze możecie znaleźć się w „doggy school” (jak je tutaj nazywają), albo trafić na bardziej wartościowy kurs, który przyda się później np. przy aplikacji o pernament resident.

Przeprowadźcie długą rozmowę z agentem, opowiedzcie o waszych planach na przyszłość i oczekiwaniach względem szkoły. Na pewno otrzymacie sporo cennych informacji.

#2 Z agentem taniej

Większość agencji za swoje usługi nie pobierają prowizji. Mało tego, dzięki nim możecie trochę zaoszczędzić. Po pierwsze oni sami organizują okazjonalne promocje (np. opłacają koszty wizy lub współfinansują obowiązkowe ubezpieczenie). Po drugie dobrze orientują się w cenach na rynku i wskażą wam, gdzie dany kurs można zrobić nieco taniej. Po trzecie mają bieżące informacje o aktualnych promocjach w szkołach. I na koniec – w wielu szkołach agencji mają po prostu dodatkowe przywileje dla swoich klientów – np. nie płacą opłaty wpisowej albo płacą tylko jedną zapisując na kursy wiązane (angielski + kurs zawodowy).

Warto dopytać agenta o różne opcje.

#3 Bezpieczna aplikacja wizowa

W teorii aplikacja o wizę studencką nie jest skomplikowana. W praktyce lista wymagań brzmi dość lakonicznie. Przykładowo – czy wiedzielibyście jakie dokumenty przedstawić, aby udowodnić, że jesteście Genuine Temporary Entrant ? Dla agenta to chleb powszedni.

Albo – Confirmation of Enrolment, czyli dokument potwierdzający przyjęcie do szkoły. Oficjalny papier o ściśle określonym formacie. Baza na podstawie, której urząd przyznaje wizę i decyduje o jej długości. Zanim puścimy ten papier do urzędu imigracyjnego warto, żeby ktoś sprawdził, czy aby nie ma tam pomyłki… Nie wspomnę o innych wymaganiach urzędu np. kiedy przyjeżdżacie z partnerem, albo macie jakąś skomplikowaną sytuację osobistą.

Agenci przechodzą przez setki takich aplikacji i dokładnie wiedzą jak bezpiecznie przejść całą procedurę. Dla was to pierwsze próba – warto, żeby była udana.

#4 Ktoś odpowie na tysiące pytań

Bywa, że w pracy rozmawiam ze studentami, którzy o wizę postanowili zaaplikować samodzielnie. Nie pamiętam już ile razy na ich pytania odpowiadałam – sugeruję kontakt z agentem. Każda z tych osób ma tysiące wątpliwości – pytają o aplikację, o tłumaczenia dokumentów, o warunki wizy, o zmiany w COE, transport w mieście, wynajem mieszkania, szukanie pracy… i w ogóle – jaka jest ta Australia? A szkoły najzwyczajniej w świecie nie mogą, lub nie mają czasu odpowiadać na większość z tych pytań. Wcześniej czy później student idzie to agenta…

#5 Pierwsze kroki w Down Under

Myślicie, że szkoła i wiza to największe wyzwanie? Prawdziwa zabawa zaczyna się po wylądowaniu w Australii. Przecież wszystko trzeba zacząć od nowa – szukanie pracy, mieszkania, budowanie grupy znajomych, poznawanie miasta. To będą niezapomniane chwile. Byle tylko wspomnienia były pozytywne.

Na pewno decydując się na przeprowadzkę na drugi koniec świata, jesteście wystarczająco zaradni, żeby poradzić sobie z wyzwaniami. Niemniej jednak, pomyślcie ile czasu oraz kosztów możecie zaoszczędzić, jeśli ktoś odbierze was z lotniska, zawiezie do zarezerwowanego wcześniej mieszkania, a potem pomoże jeszcze założyć TFN, ABN, konto bankowe itp. itd. :)

Takie dodatkowe usługi (najczęściej bezpłatnie) oferują właśnie agenci edukacyjni. Zanim jednak wybierzecie firmę do współpracy, dopytajcie bardzo dokładnie – w czym i kto może wam pomóc na miejscu.

#6 Pomoc w opałach

Zazwyczaj plany mają to do siebie, że lubią się zmieniać. Po jakimś czasie stwierdzicie, że chcecie przeprowadzić się do innego miasta, albo, że wybrany kurs jednak nie jest tym, o co wam chodziło… albo poznacie przystojnego Australijczyka i zapomnicie, że do szkoły trzeba chodzić… Kto wie, co was czeka? Jedno jest pewne – zmiany wizowe, kłopoty w szkole…  do waszego agenta zawsze możecie się zgłosić po pomoc i poradę. Nie odmówi.

A w ramach szybkiego podsumowania:

  •  Nawet najmniej zorientowany agent będzie miał kilkukrotnie więcej informacji na temat Australii, niż wy na początku swojej drogi.
  • Wyjazd na Antypody to spory projekt i wymaga tygodni, jeśli nie miesięcy przygotowań. Warto, jeśli to tylko możliwe korzystać z pomocy i porad tych, którzy mają pewną wiedzę w temacie.

Współpraca z agentem może być bardzo przydatna. Trzeba tylko wiedzieć czego oczekiwać, o co pytać i jak dobrze wykorzystać pomoc takiego doradcy. Oczywiście trzeba wybrać dobrze i trafić na konsultanta z wiedzą oraz właściwym podejściem do klienta. Ale wiem, że są tacy;)

IMG_0239

Potrzebujesz więcej praktycznych porad na temat wyjazdu do Australii?
Zajrzyj do naszego PORADNIKA.

W podróży przez Outback, czyli jak nie zasnąć za kierownicą

outback

Najlepszy sposób, aby zobaczyć magiczny, australijski Outback to oczywiście 4WD, namiot, hektolitry wody, telefon satelitarny, kompas, wybitnie dokładna mapa … i nieco otwartego umysłu. Tym, którzy jeszcze nie mogą sobie pozwolić na takie ekstrawagancje, pozostaje przemierzanie pustyni słynną Stuart Highway. Ciągnie się ona przez samo centrum Australii, z Darwin na północy do Port Augusta na południu. Płaskie jak deska i gorące jak patelnia 2,834 nudnych kilometrów.

Chwała tym, którzy pomyśleli, że warto wybudować drogę przez sam środek bezludzia. Teraz spokojnie rzesze poszukiwaczy przygód mogą wyruszyć w kilkudniową podróż w nieznane, delektując się pustynnym skwarem, przestrzenią i nieprzyzwoicie gwieździstym niebem. Sęk w tym, że aby dotrzeć do celu podróży – a najczęściej jest to słynne Uluru – trzeba spędzić za kółkiem jakieś 2-3 dni. Doświadczeni kierowcy powiedzą – to pestka. Teoretycznie tak. Problem tylko w tym, że krajobraz za oknem nie zmienia się wcale, droga jakoś nie skręca, słońce pali przez szybę, a człowiek marzy, żeby włączyć autopilota i położyć się na tylnym siedzeniu.

Nie będę pisać jak cudowny jest Outback i jakie to ogromne doświadczenie, to musicie poczuć sami. Podrzucę natomiast kilka pomysłów, jak nie zasnąć za kierownicą oraz jakich atrakcji spodziewać się po drodze… bo przecież podróż musi mieć swoje atrakcje :)

outback_1#1 Roadkill po prawej

Potrącone przez samochody kangury, to niestety częsty widok w Australii. Światło lamp po prostu paraliżuje te biedaki. Po jakimś czasie nauczycie się je ignorować i nie lamentować nad każdym potrąconym zwierzakiem. Albo – zdacie sobie sprawę, że w torbie kangura może być młody, który cudem przetrwał zderzenie. Lokalni wiedzą, że należy się zatrzymać, sprawdzić ofiarę i ewentualnie ocalić malucha. W kilku miejscach w Australii np. w Coober Pedy są sierocińce gdzie dorastają takie powypadkowe kangurzątka.

Warto się zatrzymać, przewietrzyć, odpocząć od kierownicy … i być może uratować czyjeś życie.

outback_2#2 Uwaga pociąg na drodze

Ogromne ciężarówki ze skarbami pustyni przemierzają australijski Outback wzdłuż i wszerz. To wizytówka Australii, podobnie jak kangury. Nazwa roadtrain nie wzięła się znikąd. Ich wielkość i masywność robi wrażenie (szczególnie na męskiej części populacji). Roadtrain’y jeżdżą też w Stanach, Meksyku, czy Argentynie, ale te najdłuższe (standardowo mają po 50 metrów) i najcięższe (jakieś 200 ton) są właśnie w Australii. Down Under specjalizuje się również w biciu rekordów – jeden z największych pociągów drogowych miał 117 przyczep i łączną długość 1445 metrów!

Spotkanie z roadtrain na trasie jest nieuniknione. W takiej chwili skupcie uwagę i mocno trzymajcie ręce na kierownicy. Jeśli dopisze wam szczęście i znajdziecie ciężarówkę zaparkowaną na motelowym parkingu, warto podejść, pstryknąć fotkę i zaczepić kierowcę. Może uda się posłuchać kilku offroadowych opowieści.

outback_3#3 Backpaker miał samochód

Backpakerzy rządni przygód najczęściej wyruszają na Outback starym, zdezelowanym samochodem kupionym za grosze od innego rządnego przygód backapersa. Takie samochody w teorii są sprawne i mają nawet wszystkie niezbędne papiery. W praktyce, 6 tys. kilometrów nieustannej podróży to dla nich prawdziwy wyczyn. Te, które odmówiły posłuszeństwa, sprawiając kierowcy nie lada zawód, stanowią teraz dekorację pustynnych autostrad. Porzucony gruchot po prawej, porzucony gruchot po lewej.

Możecie liczyć, urozmaicając sobie nudną podróż. Nie wiem, czy warto się zatrzymywać. Choć z drugiej strony, niektóre wyglądają tak, jakby miały do opowiedzenia nie lada historię…

outback_4#4 Prawie jak Salar de Uyuni

Jednym z moich dotąd niespełnionych marzeń jest zobaczyć Salar de Uyuni w Boliwii. „Prawie” niespełnionym, bo w zasadzie Australia też ma swoje solne jeziora. Jedno z nich znajdziecie tuż przy Stuart Hwy, na trasie pomiędzy Cooper Peddy a Port Augusta (celowo nie powiem gdzie – wypatrujcie, nie zaśniecie za kółkiem!). Ogromna tafla białej soli skrzy się z dala, na pewno nie przegapicie.

Co sugeruję? Wyskoczyć z samochodu, podejść do jeziora – od parkingu będzie to jakieś 10-15 min, a potem wedle pomysłu oraz inwencji własnej biegać, skakać i strzelać zdjęcia.

outback_5#5 Zwrotnik koziorożca

Jeśli przyjdzie wam zmierzyć się ze Stuart Highway na północ od Alice Spring, przekroczycie zwrotnik koziorożca. Teoretycznie nic wielkiego i pewnie nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby zaplanować to jako australijskie „must see”. Choć z drugiej strony – to jedna z tych chwil, kiedy uświadamiamy sobie w jakim punkcie globu jesteśmy, i jak daleko od domu…

Kolejny powód, by się zatrzymać i uwiecznić moment – dla potomności.

Udanej podróży przez Outback! :)

 

7 tematów, które warto przemyśleć planując przeprowadzkę do Australii

Australia_przygotowania_04

Podjąłeś decyzję, że ruszasz na Antypody? Gratulujemy!

Ponieważ sami doskonale pamiętamy stres i przejęcie, jakie towarzyszyły przygotowaniom, podrzucamy trochę wskazówek. Od czego zacząć, jak się przygotować do wyjazdu i co może okazać się przydatne. Mini poradnik dla tych, którzy przyjeżdżają na wizach tymczasowych np. studenckiej lub Work and Holiday.

Co warto przemyśleć przed wyjazdem?

Australia_przygotowania_01#1 Dobrze zdefiniuj cel Twojego wyjazdu

Zacznij od porządnych przemyśleń i odpowiedz sobie na pytanie – po co się tutaj wybierasz? Chcesz podszkolić język? Czy zależy Ci, żeby zdobyć doświadczenie, które będzie ciekawą pozycją w Twoim CV po powrocie? A może Australia ma być wielką, życiową przygodą? Albo przeciwnie – myślisz, o tym żeby zostać tutaj na zawsze? Jeśli przyjeżdżasz na wizie tymczasowej, cel podróży może okazać się dość istotny. To zdeterminuje m.in.: jakie studia powinieneś podjąć – bo pewne ścieżki szybciej poprowadzą Cię do stałej wizy, a inne dadzą Ci więcej czasu na egzotyczne przygody; jakiej pracy szukać – bo w jednej otrzymasz dobre wynagrodzenie, a w drugiej nieco więcej doświadczenia i lepszy start itp. itd. Pamiętaj, że każdy wybór ma swoje konsekwencje.

Australia_przygotowania_02#2 Wybierz miasto, w którym będzie Ci dobrze

Czy dobrze przemyślałeś, gdzie chcesz wylądować? Jest kilka miejsc, które warto wziąć pod uwagę, a każde z nich oferuje zupełnie inne możliwości. Odległości w Australii są duże, a przeprowadzki kosztowne, warto dobrze zastanowić się czego oczekujesz i gdzie będzie Ci dobrze. Każde z miast ma swoją specyfikę i styl – Sydney będzie idealne dla tych, którzy lubią plażować, korzystać z uroków nocnego życia, a przede wszystkim dobrze czują się w dużych i tętniących życiem biznesowych miastach. Melbourne bardziej przypadnie do gustu tym, którzy nie mogą żyć bez wydarzeń kulturalnych, szukają nieco bardziej europejskiego klimatu albo niekoniecznie tolerują typowe, australijskie upały. Jeśli celem Twojego wyjazdu jest jak najszybsze zdobycie wizy stałego pobytu warto wziąć pod uwagę Perth, bo Australia Zachodnia ma najbardziej liberalne przepisy wizowe. Możesz też nieco zaszaleć i wybrać Cairns z dostępem do najpiękniejszej na świecie rafy koralowej, albo Alice Springs, gdzie z pewnością znajdziesz spokój i duuużo słońca.

Australia_przygotowania_03#3 Dokładnie zaplanuj budżet

Na pewno już kalkulujesz koszty wyjazdu. To ważny etap przygotowań. Przejrzyj blogi, dopytaj znajomych, zapoznaj się z aktualnymi cenami. Niedoszacowanie wydatków może Cię słono kosztować. Pamiętaj, że oprócz opłat wizowych, czy za szkołę (o ile przyjeżdżasz na wizie studenckiej), musisz zarezerwować odpowiednią sumę na kilka pierwszych tygodni życia.

Co warto wliczyć w budżet, a o czym pewnie nie pomyślałeś?

Mieszkanie – oprócz cotygodniowej, stałej opłaty za wynajem, do kosztów mieszkaniowych warto doliczyć „bond”, czyli kaucję zwrotną, która najczęściej jest w wysokości 2 lub 3 tygodniówek. Z dużym prawdopodobieństwem pojawią się też dodatkowe koszty np. wyposażenia nowego lokum. Nawet jeśli wynajmiesz umeblowane mieszkanie, zawsze znajdzie się coś, co będziesz musiał dokupić – chociażby farelkę na zimne, australijskie noce.

Transport i telefony – szukanie mieszkania i pracy będzie wiązało się z licznymi telefonami, przemieszczaniem się po mieście, umawianiem na spotkania itp. Nie wiesz, czy zajmie Ci to kilka dni, czy kilka tygodni. Rozejrzyj się za dobrymi ofertami telefonów i zarezerwuj odpowiednią kwotę na transport miejski.

Strój do pracy i certyfikaty – Australijczycy mają mocno sprecyzowane standardy pracy, głównie pod kątem bezpieczeństwa, czy stroju firmowego. Wiele zajęć (np. praca w gastronomii, czy budowlance) będzie wiązało się z koniecznością zainwestowania w odpowiednią odzież oraz certyfikaty takie jak White Card, czy RSA (Responsive Service of Alcohol).

Australia_przygotowania_04-1#4 Znajdź agenta

Jeśli planujesz przyjazd na wizie studenckiej zacznij od agenta. Dlaczego? Bo z agentem będzie łatwiej, taniej i nieco bardziej bezpiecznie. Jeśli trafisz na właściwego konsultanta, pomoże Ci wybrać szkołę, porówna ceny albo wskaże korzystne oferty i przede wszystkim pomoże Ci stawiać pierwsze kroki na miejscu. A to na pewno zaoszczędzi Ci sporo czasu, energii i pozwoli cieszyć się Australią już od pierwszych dni. Do tematu agentów edukacyjnych jeszcze wrócimy na blogu…

Australia_przygotowania_05#5 Przygotuj się na szukanie pracy

Jeszcze z Polski zapoznaj się z australijskim rynkiem pracy. Jeśli przyjeżdżasz na widzie czasowej, to nic, że jesteś prawnikiem, marketingowcem, czy księgowym z pięcioletnim doświadczeniem. Swoją wielką przygodę i tak pewnie będziesz musiał zacząć od szukania tymczasowego, studenckiego zajęcia. Zastanów się, jaką pracę możesz podjąć od zaraz – w barze, restauracji, na budowie, w sklepie, przy pilnowaniu dzieci, czy w sprzedaży osobistej. Weź też pod uwagę, że jakkolwiek byłoby to proste i niewymagające zajęcie, Australijczycy zawsze zapytają Cię o doświadczenie, które jakoś musisz udokumentować…

Przygotowując się do wyjazdu sprawdź australijskie wzory resume (nie CV;) i przygotuj kilka wersji dla siebie. Pozbieraj referencje od byłych pracodawców – jak najwięcej i z różnych miejsc. Nigdy nie wiadomo, co się przyda.

Australia_przygotowania_06#6 Odśwież kontakty i przejrzyj blogi

W Australii, tak jak w Polsce, a może nawet bardziej, liczą się znajomości i odpowiednie kontakty. Ludzie tutaj chętnie sobie pomagają, polecają się, wspierają. Popytaj znajomych, pozbieraj referencje. Ktoś kogoś zawsze zna, a każda pomoc na początku, czy to przy szukaniu pracy, czy drobne, praktyczne porady mogą być na wagę złota. No i od razu będziesz miał towarzystwo, by cieszyć się wspólnym plażowaniem albo zorganizować BBQ;)

Porad i informacji szukaj też na blogach oraz forach. Każda wskazówka będzie cenna i pomoże Ci lepiej przygotować się do wyjazdu. Pamiętaj tylko – zachowaj dystans. W Internecie znajdziesz miliony sprzecznych opinii, lepszych i gorszych wskazówek. Przecież każdy ma swoją historię.

Australia_przygotowania_07#7 Wyluzuj!

Pierwszym zwrotem, jakiego nauczysz się w Australii będzie „no worries”. Dlatego nie stresuj się za bardzo, nie panikuj, nie wymyślaj czarnych scenariuszy. Nawet jeśli coś nie do końca pójdzie po Twojej myśli – może tak właśnie ma być. Może, to będzie jedna z Twoich cennych życiowych lekcji, która zaowocuje w przyszłości. Uszy do góry, w końcu zaczynasz swoją wielką australijską przygodę!

IMG_0239

Potrzebujesz więcej praktycznych porad na temat wyjazdu do Australii?
Zajrzyj do naszego PORADNIKA.

Sydney Fish Market

fish market_01

Niewątpliwie sporym atutem mieszkania nad oceanem jest dostęp do świeżych ryb i owoców morza. Złożyło się tak, że w spacerowej odległości od naszego mieszkania mamy Fish Market – największy targ rybny na półkuli południowej i trzeci największy na świecie. Jak podaje oficjalna strona, Fish Market sprzedaje 14,500 ton owoców morza rocznie i można tam znaleźć około 500 różnych gatunków. Całkiem nieźle.

Co leży na półkach? Trochę klasyków, takich jak żywe kraby oraz homary (kilka rodzajów), ośmiornice te duże i te zwane „baby”, różne gatunki krewetek, kalmary, muszle, ostrygi, przegrzebki, raki, langusty… I towary nieco bardziej wyszukane – niebieskie kraby, marrony (czyli nie wiem co), bay bugs (czyli morskie robaki), kilkukilogramowe muszle, również kilkukilogramowe kraby …i homary w bagatelnej niskiej cenie $160 za kilo. Do tego trzeba dorzucić dziesiątki gatunków ryb: snapper, baramundi, jellow jacket, bonito, ocean trout, afonsino, scorpion fish, merlin… do wyboru do koloru!

Większość z tych smakołyków – na przykład pachnące oceanem ostrygi, świeże sushimi, pieczone kraby, czy zapiekane z serem przegrzebki można spróbować na miejscu. Idealna miejscówka na lunch.

A jeśli chodzi o domowe gotowanie. Cóż, w naszym przypadku każda wizyta na targu rybnym kończy się drapaniem po głowie. Bo co my, Krakusy bez dostępu do morza, wiemy o przyrządzaniu homara i ośmiornicy? No więc zazwyczaj decydujemy się na zakup łososia, tuńczyka (a ten smakuje nieco inaczej niż znane nam trociny z puszki), albo kalmarów i krewetek – bo z tym jeszcze można się uporać.

Dla ambitnych i bardziej zapalonych miłośników kuchni Fish Market proponuje szkołę gotowania. Kursy są drogie, ale szkoła podobno ma swój prestiż. Można również zapisać się na behind the scenes tour, żeby m.in. o bardzo wczesnych, porannych godzinach przyjrzeć rybackim kutrom pełnym świeżego towaru oraz porannym negocjacjom handlowym.

Jedni bardziej, inni nieco mniej lubią podziwiać i smakować owoce morza, ale Fish Market to zdecydowane „must see” na turystycznej mapie Sydney. Mam wrażenie, że na mapach dla Azjatów ten punkt jest jakoś szczególnie wyróżniony… Dlaczego? A to już można zobaczyć na miejscu.

fish market_02
fish market_03
fish market_04
fish market_05
fish market_06
fish market_07
fish market_08
fish market_09
fish market_10

Hejt po australijsku

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Australia to prawdziwy melting pot. W poszukiwaniu lepszego jutra zjeżdżają tu ludzie z każdego krańca świata. Może dlatego, a może dzięki temu, że zawsze świeci słońce, w Down Under wytworzył się taki ciekawy mikroklimat społeczny. Szacunek dla tego, co inne i przyjazne nastawienie do tego, co obce. W końcu wszyscy jesteśmy tutaj gośćmi.

Tolerancja to nie puste słowo

Czy czarny, czy żółty, w burce, gej, albo i żyd (bo lewaków chyba tutaj nie ma…) – bez znaczenia. Tak długo jak ty tolerujesz innych, tak inni tolerują ciebie. W Australii nie ważne jakie masz poglądy, jaką religię wyznajesz, czy chodzisz na parady (tak te) lub wieczorem lubisz pospacerować po mieście w piżamce. Wszyscy mają równe prawa, a dopóki nie stwarzasz zagrożenia, a swoim zachowaniem nie przeszkadzasz innym… masz prawo robić i myśleć, co chcesz. Nie spotkasz się z nienawiścią i szyderą.

Porozmawiaj z panią w sklepie

Bardzo lubię te momenty (a zdarzają się naprawdę często), kiedy rodzą się krótkie i bardzo przyjazne konwersacje z zupełnie obcymi ludźmi. Pani na poczcie opowiada mi, że wybiera się do Norwegii, bo chciałaby zobaczyć fiordy, kasjerka w supermarkecie podpytuje jak minął dzień, a jakiś przypadkowy towarzysz na przystanku autobusowym wspomina jak to w Australii żyło się 20 lat temu. Zupełnie przypadkowi ludzie, zwyczajna i niezobowiązująca wymiana zdań. Ale w sumie, dlaczego nie? Przecież ten obok to też człowiek.

Jak cię popchnął to go przeproś

Do tego przedziwnego zwyczaju chwilę się przyzwyczajałam. Bo przecież, jeśli ktoś wpadnie na ciebie na ulicy, albo szturchnie cię w sklepie, powinieneś zdzielić go wzrokiem i oczekiwać na pokorne przyznanie się do winy. Ot, nie w Australii. Tutaj sam go przeprosisz, uśmiechniesz się i powiesz „no worries mate”. On zrobi to samo. I dalej żyjecie w świętym spokoju. Po co psuć sobie dzień jakimś przypadkowym fajtłapą?

Najpierw się uśmiechnij, a potem odezwij

Konwersacje w Australii (czy to prywatne, czy te bardziej oficjalne) zaczynają się od uśmiechu i pozdrowienia. How you going mate? How’re you doing? How is your day so far? I tak dalej. Nawet wizyty w urzędzie nie zaczynamy od suchego – dzień dobry, jestem tu bo chciałem załatwić sprawę… tylko od wyrażenia naszego przyjaznego nastawienia. Niby nic, a jednak działa. Pani w okienku spojrzy bardziej przychylnym wzrokiem, ja pomyślę, że szkoda nerwów na dyskusje. I tak oto bezstresowo i z uśmiechem na twarzy załatwiamy kolejne sprawy. A na pozór puste how are you nagle nabiera znaczenia.

Da się podchodzić do innych w z większym szacunkiem i zaufaniem? Da się :)

Wiza do Australii – wyjazd tymczasowy

paszporty

Marzysz o egzotycznej przychodzie, a od lat po głowie chodzi Ci Australia? Nie ma na co czekać :) Pakuj walizkę i ruszaj w drogę. Podpowiadamy, jakie są opcje krótkoterminowych wyjazdów do Down Under. Zobacz, która wiza będzie dla Ciebie najbardziej odpowiednia i jak ją zorganizować.

Wiza turystyczna – eVisitor

Jeśli planujesz wybrać się na Antypody, żeby zwiedzać, odpoczywać albo odwiedzić znajomych, wystarczająca będzie wiza turystyczna. Ta wiza umożliwia wielokrotne przekroczenie granicy Australii w ciągu 12 miesięcy i pobyt na miejscu przez okres 3 miesięcy. Wiza jest darmowa, a aplikacje składa się online. Obecnie wiza przyznawana jest niemal automatycznie i w formie elektronicznej. Możesz liczyć, że otrzymach maila z pozytywną informacją w zasadzie w ciągu kilku godzin, może kilku dni.

Aby ubiegać się o tą wizę trzeba spełnić jedynie podstawowe warunki takie jak: aktualny paszport, dobry stan zdrowia, czy niekaralność. Ważne – na tej wizie nie można podejmować pracy zarobkowej, ani nauki trwającej powyżej 3 miesięcy.

Jeśli chcesz zostać w Australii dłużej niż 3 miesiące, masz problemy zdrowotne albo byłeś karany (ups), powinieneś ubiegać się o wizę Visitor visa (subclass 600) – Tourist Stream. Wnioski online lub tradycyjne składa się w Ambasadzie Australii w Berlinie.

Podrzucamy przydatne linki:
eVisitor formularz aplikacyjny>>
Więcej ogólnych informacji o wizie turystycznej>>

TIP 1 – jeśli na miejscu okaże się, że chcesz zostać dłużej niż 3 miesiące, wizę za dodatkową opłatą możesz prolongować o kolejny okres. Bez opuszczania kraju;)

Wiza Work and Holiday – subclass 462

Jeśli chcesz połączyć zwiedzanie z pracą, możesz aplikować o wizę Work and Holiday. Program jest dość nowy, bo ruszył w sierpniu 2014 roku, a Polska otrzymała zawrotną pulę 200 miejsc na rok!

Podstawowe wymagania i warunki:

  • Na tej wizie można przebywać w Australii przez okres 1 roku, bez możliwości przedłużenia.
  • Wiza dostępna jest dla osób pomiędzy 18-31 rokiem życia (liczy się dzień składania wniosku).
  • Aplikant powinien mieć ukończony co najmniej drugi rok studiów (np. licencjackich)
  • Na tej wizie nie mogą towarzyszyć Ci dzieci, możesz zabrać partnera, ale trzeba złożyć osobą aplikację.
  • Należy mieć wykupiony bilet wyjazdowy lub udokumentować środki na taki bilet.
  • Trzeba również udokumentować środki finansowe, które pozwolą na początkowe utrzymanie (5 tys. dolarów australijskich).
  • Trzeba mieć dobry stan zdrowia oraz wykupione ubezpieczenie zdrowotne obejmujące opiekę szpitalną w Australii.
  • Paszport musi być wydany nie wcześniej niż 10 lat temu, mieć 2 puste strony i być ważny jeszcze przez 3 m-ce po zakończeniu planowanego pobytu.
  • Wymagany jest certyfikat potwierdzający znajomość j. angielskiego – IELTS wynik 4.5 lub TOEFL wynik 133 w teście komputerowym.
  • Do aplikacji potrzebne jest pisemne zaświadczenie (letter of suport) wydane przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej potwierdzające, że Ministerstwo wie o zamiarze ubiegania się danej osoby o ten rodzaj wizy. Ten warunek, choć brzmi nieco przerażająco, w zasadzie jest formalnością, a Ministerstwo (o ile nie byłeś np. karany) nie powinno odmówić podpisania dokumentu. Wniosek i informacje dodatkowe>>>
  • Aktualnie koszt podstawowej aplikacji o wizę Work&Holiday to 440 dolarów australijskich, ale mogą pojawić się dodatkowe opłaty np. za płatność kartą. Szczegóły można sprawdzić tutaj >>>
  • Komplet dokumentów aplikacyjnych składa się w Ambasadzie w Berlinie i niestety nie ma możliwości aplikacji online.Powyżej opisane są podstawowe dokumenty i wymagania, ale może się zdarzyć, że po złożeniu aplikacji urząd poprosi Cię o dodatkowe wyjaśnienia, informacje lub badania lekarskie. Składane dokumenty muszą być przetłumaczone na j. angielski, a kopie potwierdzone na zgodność z oryginałem.
    Link do strony ambasady>>>
    I na koniec – wniosek wizowy>>
TIP 1 – aby ubiegać się o tą wizę nie trzeba mieć agenta, ale warto podpytać osoby, które przeszły już tą drogę, bo zdarzają się odmowy…
TIP 2 – nowa pula wiz uruchamiana jest każdego roku w lipcu. W pierwszej edycji limit wiz został wyczerpany dopiero 12 marca 2015, ale w drugiej już 23 lipca…. tak więc na tą wizę trzeba będzie poczekać kolejny rok.
TIP 3 – Z tej wizy niestety nie można na miejscu (tj. w Australii) przenieść się np. na wizę studencką. Konieczne będzie opuszczenie kraju.

Wiza studencka

Kolejna, bardzo popularna opcja wyjazdu czasowego to tzw. wiza studencka. „Tak zwana” bo, aby się o nią ubiegać wcale nie trzeba ani być studentem, ani podejmować pełnowymiarowych studiów w Australii. Wystarczy rozpocząć kurs języka angielskiego albo zapisać się kilkumiesięczny kurs do colleg’u. Oczywiście dostępne są również opcje studiów na poziomie licencjata, magistra, czy post research – tyle, że są znacznie droższe. Minimalny wymagany do tej wizy okres studiów to 3 miesiące.

Wiz studenckich jest kilka i są uzależnione od rodzaju studiów:

  • Independent ELICOS Sector (Subclass 570) – kursy językowe
  • Vocational Education & Training (Subclass 572) – kursy zawodowe w collegu
  • Higher Education Sector (Subclass 573) – uczelnie wyższe
  • Post-Graduate Research Sector (Subclass 574)
  • plus jeszcze nieco bardziej specjalistyczne i mniej popularne – te pominę

Niektóre z tych wiz można łączyć np. zapisać się najpierw na kurs językowy, a po nim do colleg’u czy na uczelnię wyższą.

Wymagania, a potem warunki wizowe mogą się różnić w zależności od rodzaju wizy.
Ponieważ Polacy najczęściej podejmują naukę w collegach i aplikują o wizę VET 572 opiszę pokrótce te wymagania.

Warunki wizy i ogólne informacje:

  • Wiza studencka nie ma ograniczeń wiekowych ani ilościowych – tak więc bez względu na wiek – Australia zaprasza;)
  • O tą wizę można ubiegać się zarówno spoza Australii, jak i tutaj na miejscu.
  • Na wizie studenckiej 570 i 572 można pracować 40 godzin w rozliczeniu 2-tygodniowym oraz bez ograniczeń, w czasie przerw od nauki. Uwaga! Na wizie 573 – ale tylko jeśli jesteś zapisany na kurs Masters by research albo Doctoral Twój partner może pracować w pełnym wymiarze czasu pracy.
  • Wiza studencka daje możliwość zabrania partnera, małżonka lub dzieci. W przypadku partnera trzeba jedynie udowodnić, że związek trwa co najmniej 12 miesięcy. Partner/małżonek nie musi wtedy studiować i ma prawo do pracy w takim samym wymiarze jak Ty (przy czym jego limit godzinowy nie jest znoszony, jeśli Ty masz przerwę w nauce).
  • Czas oczekiwania na wizę to zazwyczaj kilka tygodni, a aplikacje można składać zarówno online, jak i w formie tradycyjnej (w ambasadzie w Berlinie).
  • Warunkiem utrzymania tej wizy (bo są opcje, że można ją stracić) jest satisfactory course progress, czyli nie wystarczy zapisać się do szkoły, trzeba jeszcze do niej uczęszczać (wymagane 80% obecności), regularnie opłacać czesne i zaliczać kolejne semestry;)
  • Aktualny koszt podstawowej aplikacji o wizę to $550 (dolarów australijskich), szczegóły m.in. koszty za partnera i dzieci można sprawdzić tutaj >>>

Podstawowe dokumenty aplikacyjne:

  • Wniosek wizowy
  • Poświadczona kopia ważnego paszportu
  • Dokument Confirmation of Enrolment (CoE), który potwierdza przyjęcie do australijskiej szkoły zarejestrowanej w CRICOS>>>
  • Potwierdzenie wykupienia ubezpieczenie studenckiego Overseas Student Health Cover na cały okres trwania wizy.
  • Opłata wizowa

Dodatkowe dokumenty aplikacyjne:

Już w trakcie procesu aplikacyjnego departament imigracyjny prawdopodobnie zgłosi się po dodatkowe informacje, takie jak:

  • Potwierdzenie kondycji zdrowotnej – UWAGA – obowiązkowe dotąd badanie lekarskie zostało zniesione w listopadzie 2015 r.
  • Być może, choć nie na pewno urząd poprosi o udokumentowanie środków finansowych na pokrycie kosztów planowanego pobytu w Australii (mniej więcej $1000 na każdy miesiąc) – możesz dostarczyć wyciągi z kont bankowych, potwierdzenia o wsparciu finansowym od rodziny itp.
  • Jako przyszły student musisz spełniać warunek tzw. Genuine Temporary Entrant, czyli zadeklarować, że pobyt w Australii będzie mieć charakter tymczasowy, a głównym celem Twojego przyjazdu jest nauka. Urząd może poprosić o „dowody” – które udokumentują, że podjęte studia są zgodne z Twoim wykształceniem i planami zawodowymi, że masz rodzinę, firmę, pracę, majątek, czy cokolwiek innego w Polsce i planujesz wrócić do kraju.
  • Urząd może również poprosić o certyfikat o niekaralności z każdego kraju, w którym mieszkałeś dłużej niż 12 miesięcy, w ciągu ostatnich 10 lat.

Powyższe informacje to jedynie podstawowe dane. Więcej szczegółów znajdziesz tutaj >>>

TIP 1 – Przy wizie studenckiej warto współpracować z agentem edukacyjnym. Dlaczego? O tym nieco więcej tutaj.
TIP 2 – Jeśli na miejscu okaże się, że szkoła nie spełnia waszych oczekiwań, wiza (pod pewnymi warunkami) daje wam możliwość zmiany kursu.

Do tematu wiz australijskich, a także kosztów studiów i organizacji wyjazdu jeszcze wrócimy.
Śledźcie nas na Facebooku :)

IMG_0239

Potrzebujesz więcej praktycznych porad na temat wyjazdu do Australii?
Zajrzyj do naszego PORADNIKA.

Dziura białego człowieka

cooper peddy_01

Mniej więcej w ten sposób z języka aborygeńskiego tłumaczy się nazwę miasteczka Coober Pedy. Określenie jakby nie było adekwatne. To pustynne miasto położone jest daleko, daleko od cywilizacji  – jakieś 850 km na północ od Adelajdy. W zasadzie gdyby nie to, że przecina je słynna Stuard Hwy to pewnie nikt, poza poszukiwaczami skarbów, by tam nie trafił. Cooper Pedy to światowa stolica opali – jednych z najdroższych kamieni szlachetnych.

Dlaczego wspominam o tym miasteczku? A dlatego, że jeśli planujecie zwiedzać Australię i szukacie czegoś co was zadziwi i pochłonie, musicie tam zajrzeć. Przywita was pustynny skwar  – w lecie temperatury sięgają tu 50 stopni – piach zacinający w oczy, przerażająca pustka i księżycowy krajobraz. W mieście nie uświadczycie bujnej roślinności, nie spotkacie też wielu lokalsów – może poza snującymi się po ulicach Aborygenami. Od razu zadacie sobie pytanie – jak człowiek zaaklimatyzował się do życia w takim miejscu? Prosto – schodząc pod ziemię…

Opalowa gorączka

Australijska gorączka opali rozpoczęła się w latach 1915-16 i trwa do dziś. Szacuje się, że do roku 2000 w okolicach Coober Pedy powstało 250 tysięcy szybów. Miasteczko to prawdziwy melting pot – jakieś 3 tys. mieszkańców i aż 45 narodowości! Nikt nie przyjechał tu dla relaksu, pewnie też nie z rozsądku – ludzi przygnała raczej ciekawość, wyzwanie i niespełnione marzenie o bogactwie.

Krecie życie pod ziemią

Mieszkańcy Coober Pedy pracują i żyją pod ziemią. Idealnie, na własne potrzeby, adoptują górnicze korytarze. Budują tam domy, hotele, puby, muzea i kościoły. Jakby nie było, w takim miejscu jak to, łatwiej wydrążyć pomieszczenie w skale niż kupić materiały budowlane. Co więcej, taki podziemny dom – przez miejscowych nazywany dugouts – jest bardzo ekonomiczny. Nie wymaga ani klimatyzacji latem, ani ogrzewania zimą – a pustynne noce też potrafią być chłodne – bo skała utrzymuje stałą i idealną dla człowieka temperaturę. I bynajmniej nie jest życie kreta, czy smoka wawelskiego, te domy są bardzo wygodne, przestronne i przyjemnie urządzone, wersje willowe mają też baseny 😉

Jeśli chcecie zasmakować tego klimatu, polecamy zatrzymać się w jednym w podziemnych hoteli, albo – w tańszej wersji – na podziemnym campingu.

Filmowa sceneria

Magia tego miejsca przyciąga też filmowców. Kto z was wiedział, że okolice Coober Pedy to filmowa sceneria takich obrazów jak Pitch Black, Mad Max, Red Planet, czy Priscilla Queen of the Desert?

Zapraszamy na wykopki

Najdroższe opale znalezione w Cooper Pedy są sprzedawane za miliony dolarów. Ich wartość zależy między innymi od rozmiaru, przejrzystości czy ilości załamujących się kolorów. Zainteresowanych odsyłam do bardziej profesjonalnego źródła.

Zadziwiające jest to, że tak drogie kamienie ciągle wydobywa się w dość prymitywny sposób, przy użyciu domowej produkcji maszyn. Na całym terenie raczej nie znajdziecie dwóch takich samych „opalokoparek”. Skąd to wynika? Cóż, wydobyciem opali nie zajmują się profesjonalni górnicy, a kompletni amatorzy, najczęściej poszukiwacze przygód, bez kapitału na inwestycje. Przecież kopać może każdy. Wystarczy wykupić kawałek ziemi, zaopatrzyć się w urzędowe pozwolenie na wykopki oraz komplet sprzętu… i do dzieła.

Jeśli odczuwanie nieokiełznaną chęć przygody i macie trochę wolnego czasu – może warto spróbować? 😉

cooper peddy_02
cooper peddy_03
cooper peddy_04
cooper peddy_05 (2)
cooper peddy_06
cooper peddy_07
cooper peddy_08
cooper peddy_09
cooper peddy_10
cooper peddy_11cooper peddy_12

A do podróży po Outbacku jeszcze wrócimy 😉

Ciągle pada, czyli z wizytą w Melbourne

melbourne_01

Co lepsze? Melbourne czy Sydney? Walka trwa. Jak Krakowa z Warszawą.
A tutaj większe możliwości biznesowe i bardziej sielskie życie, a tam więcej mody, kultury i ogłady… I tak przekomarzają się zwolennicy jednego i drugiego. Krakowskim targiem stolicę Australii założono w Canberze, a Sydney i Melbourne walczą teraz o turystów, międzynarodowych studentów oraz miano najlepszego miasta do życia.

My z pewnych powodów do mieszkania wybraliśmy Sydney, a do Melbourne wybraliśmy się tylko na krótką wizytę. Zaskoczenia nie było – przywitała nas plucha. W sumie, jakby nie było lato się skończyło.

Co zobaczyć w Melbourne? Hm.. dla nas smoków z Krakowa, niestety większość z polecanych atrakcji i zabytków – wrażenia nie robi. Postanowiliśmy zatem powłóczyć się po mieście, posmakować tej słynnej australijsko-europejskiej kultury i wczuć się w deszczową atmosferę. Szukaliśmy klimatycznych knajpek, modnych butików, murali, vintage’u, spacerników i tak dalej… i przyznać musimy. Melbourne jest inne. Jednak, i być może dzięki tym spadającym liściom oraz deszczowej pogodzie, poczuliśmy się trochę bliżej domu. Spokojnie i melancholijnie.

 

melbourne_02

melbourne_03

melbourne_04
melbourne_05

melbourne_06
melbourne_07

melbourne_08

melbourne_09