Smoki i Kangury

Tagsydney

Urodziny Buddy

urodziny buddy_01

Niewątpliwą zaletą mieszkania w tak multikulturowym mieście jak Sydney jest możliwość podglądania, czy podziwiania innych kultur i religii. Wydarzenia, które w Polsce nie mają i długo mieć jeszcze nie będą mieć miejsca, tutaj są na porządku dziennym i wpadamy na nie chcąc nie chcąc… ot choćby podczas niedzielnego spaceru.

Mamy na przykład takie Urodziny Buddy. Jest taniec smoka, ceremonia oczyszczenia, błogosławieństwo z okazji dnia matki i błogosławieństwo dzieci, są koncerty oraz ceremonie afirmacyjne.

Można wysłuchać wykładu o odnowieniu umysłowym, porozmawiać z mnichem, zakupić kolorowe i (jak to bywa, nieco tandetne) dewocjonalia, pomodlić się, posmakować kuchni azjatyckiej – atrakcji do wyboru do koloru. Wszystko w duchu Happiness and Peace przy pięknej słonecznej pogodzie.

I jak tu nie lubić Australii? 😉

Ps. Wpis powstał jakiś czas temu… niestety dopiero teraz doczekał się publikacji…. przepraszamy 😉

urodziny buddy_02
urodziny buddy_03
urodziny buddy_04
urodziny buddy_05
urodziny buddy_06
urodziny buddy_07
urodziny buddy_08
urodziny buddy_09

Spacer po klifach, czyli prawie jak w górach

01_spacer po klifach

Są pewne rzeczy, za którymi Smoki tęsknią ogromnie. Bez cienia wątpliwości jedną z nich są góry. Zaraz ktoś powie, że Nowa Zelandia rzut beretem, a Snowy Mountains raptem 6 godzin drogi… no ale Tatry, to Tatry – i były na wyciągnięcie ręki.

W poszukiwaniu górskiego klimatu trekkingujemy więc, gdzie się da. Zahaczyliśmy już kilka razy o Blue Mountains (o tym relacja za czas jakiś) i regularnie dreptamy po okolicznych klifach. Cieszymy się jak dzieci wdrapując się na każdą, kolejną skałkę. Morska bryza i słońce na twarzy robią swoje. Od razu lepiej.

Miejscówki, które jak do tej pory podobały nam się najbardziej:

Royal National Park Bundeena to Marley Head Walk

Royal National Park znajduje się nieco poza Sydney i niestety nie jest szczególnie skomunikowany. RNP oferuje za to mnóstwo pięknych i dzikich tras. Zdecydowanie można tu odpocząć od zgiełku miasta oraz podziwiać prawdziwie australijski krajobraz.

Trasa na Marley Head ma około 7 km (w dwie strony) i prowadzi przez busz, piaszczyste ścieżki, klify i skały. W pełni lata, słońce może dać się we znaki, ale sama trasa do trudnych raczej nie należy.

Po drodze mijamy znaną z turystycznych zdjęć, lśniąco-białą skałę o dźwięcznej nazwie Wedding Cake Rock (ostatnio pojawiły się informacje, że „tort” osuwa się do morza… więc teraz można go jedynie podziwiać z odległości) i docieramy do pustej, dzikiej plaży – Marley Beach, idealnej na odpoczynek.

02_royal national park
03_royal national park
04_royal national park
05_royal national park
06_royal national park
07_royal national park

Manly to North Head Sanctuary Walk

Spacer zaczynamy na Manly Beach, mijamy Shelley Beach i pniemy się w górę. Cała trasa (z powrotem) ma długość około 10 km i nie jest za szczególnie wymagająca. Za to widoki – znakomite!

Droga prowadzi przez klify i busz. Po drodze można spotkać całą masę zwierzaków (nam na drodze stanęła np. kolczatka), zobaczyć kilka historycznych pomników, czy zwiedzić stary North Fort, który pełnił swą rolę podczas II wojny światowej. Spacer kończy się spektakularnym widokiem na Sydney CBD.

08_Manly walk
09_Manly walk
10_Manly walk
11_Manly walk
12_Manly walk

Taronga ZOO to Balmoral Beach Walk

Podobnie łatwy i przyjemny, około 2 godzinny spacer w samym centrum miasta. Trasa zaczyna się pod Taronga ZOO (najlepiej dostać się tam promem – „ferry”:)).

Na samym początku lądujemy na Bradleys Head – kolejnej historycznej miejscówce, skąd możemy podziwiać operę, most i CBD. Nieco później wchodzimy na Chowder Head, który oferuje równie efektowny widok.

Droga prowadzi poprzez busz, łąki, plaże, klify itp. Można zatrzymać się na kawę lub lunch, bo po drodze spotkamy kilka bardzo przyjemnych restauracji i kawiarni. Spacer kończy się na Balmoral, gdzie można odpocząć na plaży albo skosztować osławionych fish and chips.

13_Balmoral walk
14_Balmoral walk
15_Balmoral walk
16_Balmoral walk
17_Balmoral walk
18_Balmoral walk
19_Balmoral walk
20_Balmoral walk
21_Balmoral walk

Przeprowadzka na antypody, czyli jak znaleźć mieszkanie w Sydney?

mieszkaniewsydney

Wyjazd na drugi koniec świata to nie lada projekt. Wizy, bilety lotnicze, pakowanie. Jest trochę spraw do załatwienia. Wiemy z doświadczenia, że całkiem sporym wyzwaniem staje się nagle znalezienie wygodnego i dostępnego cenowo mieszkania. Dlatego też podrzucamy kilka informacji. Co warto wiedzieć przed wyjazdem i jak sprawnie zorganizować temat mieszkania na miejscu? Oczywiście na przykładzie Sydney.

Lokum na początek

Optymalnie, jeśli macie znajomych, u których moglibyście zatrzymać się na kilka dni. Jeśli nie, pozostają wam bardziej komercyjne opcje:

  • Hotel lub hostel – to w zależności od waszego budżetu. Ceny noclegów w Australii są spore, więc prawdopodobnie skorzystacie z oferty hosteli. Koszt za noc zaczyna się od 25$ (w dormie). Przy dłuższym pobycie oczywiście możecie liczyć na nieco lepsze stawki. Plusem jest to, że macie dostęp do kuchni, więc we własnym zakresie (i tanio) możecie zorganizować posiłek. Minusem – że australijskie hostele nie grzeszą jakością. Spodziewajcie się naprawdę backpakerskich warunków i co najmniej średniego poziomu estetyki…
  • Airbnb – mam nadzieję, że znacie? Ten serwis całkiem sprawnie działa w Australii. Koszty pokoju dzielonego są na podobnym poziomie jak ceny w hostelach. Tyle, że warunki mogą być o niebo lepsze. Cena samodzielnego pokoju – od 40/50$ za noc, a koszt całego mieszkania np. studia 120-150$ za noc. Ceny zależą oczywiście od standardu i lokalizacji.
  • Mieszkanie przez agencję – jeśli w organizacji wizy korzystacie z pomocy agenta, warto zapytać go również o mieszkanie. Prawdopodobnie współpracuje z firmami, które specjalizują się w mieszkaniach studenckich i backpakerskich. Ta opcja będzie pewnie najtańsza – za dzielony pokój zapłacicie od 130/150$ – ale za tydzień! Oczywiście pamiętajcie o zasadzie „you get what you pay for”. Niektóre z oferowanych przez agencje mieszkań są na bardzo przyzwoitym poziomie – czyste, schludne, w pełni wyposażone, a do dyspozycji jest np. basen lub siłownia. Inne mogą być stare, zimne, z odrapanymi meblami, daleko od centrum… i z lokatorami, którzy nie komunikują się po angielsku. Dobrze określcie agentowi wasz poziom oczekiwań.

Swój przytulny pokoik

Oczywiście wcześniej, czy później zabierzecie się za szukanie miejsca, w którym chcielibyście zadomowić się na dłużej. Prawdopodobnie zaczniecie od pokoju w mieszkaniu dzielonym z innymi poszukiwaczami przygód. Ofert wynajmu można szukać w serwisie gumtree (ten na pewno znacie), lub na bardziej lokalnej stronie flatemates.com.au. Ceny oczywiście w zależności od standardu i dzielnicy w granicach: $200-400 za samodzielny pokój / tydzień oraz $120-170 za pokój dzielony. Cena rzecz jasna uzależniona od standardu oraz odległości od centrum miasta.

Wybierając pokój dla siebie zwróćcie uwagę na kilka detali:

Dobrze przyjrzyjcie się lokatorom. Zostaną albo waszymi przyjaciółmi, albo największymi wrogami. Sprawdźcie okna (czy szczelne, duże i czy wpuszczają trochę światła słonecznego). Zimową porą zrozumiecie, że to ma znaczenie. Rzućcie okiem na łazienkę, czy woda pod prysznicem ma ciśnienie, czy ledwo cieknie… itp. I upewnijcie się z iloma osobami ew. musicie ją dzielić.

Szczegółowo dopytajcie o warunki finansowe. Czy media są wliczone w cotygodniowy czynsz oraz jak wysoka jest kaucja zwrotna (czyli bond). Zapytajcie o umowę, bo historia wynajmu na pewno przyda się przy szukaniu własnego mieszkania w przyszłości. Możecie usłyszeć, że klucze (lub kartę) do mieszkania są dzielone z innymi lokatorami. To moment, kiedy należy podziękować i poszukać innego lokum…

Samodzielne mieszkanie

Szukanie mieszkania, które chcecie dzielić tylko z najbliższą osobą może okazać się nie lada wyzwaniem. W Australii ten proces rządzi się nieco innymi zasadami, niż te znane nam z Polski. Rynkiem żądzą agencje nieruchomości i to z nimi głównie będziecie mieć kontakt. Inspekcje (czyli publiczne oglądanie oferowanego lokum) organizowane są o ściśle określonej porze i często tylko jednorazowo (zazwyczaj akurat wtedy, gdy jesteście w pracy). Na inspekcję przychodzi, w zależności od atrakcyjności oferty, kilka albo i kilkadziesiąt osób.

Wynajęcie takiego mieszkania to papierkowa procedura – do agencji trzeba dostarczyć wniosek z wszystkimi możliwymi danymi osobowymi, potwierdzenie środków finansowych, potwierdzenie zatrudnienia, historię poprzednich wynajmów oraz referencje od właścicieli i tak dalej. A potem już tylko loteria, bo aplikantów pewnie będzie więcej. Zdarza się, że (np. na gumtree) pojawiają się oferty wystawiane bezpośrednio przez właścicieli mieszkań. Tu proces na pewno będzie prostszy. Tyle, że trzeba wykazać się refleksem, bo takie okazje znikają w mgnieniu oka.

Jaka jest cena samodzielnego mieszkania w Sydney? Np. za studio zapłacicie od $300-500 za tydzień (bez mediów). Pokój z kuchnią i salonem (one bedroom) – od $450…

Lokalizacja i wyposażenie

I na koniec jeszcze dwa małe tipy. Wyjeżdżając do Australii pewnie marzy wam się romantyczny domek blisko plaży, albo przestronny apartament z widokiem na ocean. Hm… w zasadzie, czemu nie? Wszystko możliwe. Tyle, że za taki komfort na pewno będziecie musieli trochę dopłacić.

Sydney to ogromne miasto, a określenie ogromne – ma swoje znaczenie. Słowem kluczem w wyborze lokalizacji jest – uwaga – dostęp do pociągu. Tą zasadą kierują się tu wszyscy, bo pociąg to jedyny słuszny środek komunikacji publicznej. I tu zła wiadomość… najpiękniejsze miejscówki z dostępem do plaży nie są połączone linią kolejową z miastem;)

Jeśli okaże się, że upatrzyliście sobie idealny pokoik (lub mieszkanie), ale nie umeblowane, nie rezygnujcie. Trochę sprytu i dobrej organizacji i można się wyposażyć nie inwestując, albo inwestując naprawdę niewiele. Macie kilka opcji, gdzie można szukać tanich używanych mebli, albo gdzie takie meble można znaleźć za darmo. Australijczycy często wymieniają domowe wyposażenie, a to czego nie potrzebują wystawiają na ulicę. Można pozbierać całkiem porządne sprzęty. Bardzo popularne są również garażowe wyprzedaże, w sieci znajdziecie mnóstwo serwisów z datą i miejscem takich akcji. Dobrym źródłem jest też gumtree, gdzie inni studenci czy backpakersi pozbywają się dobytku przez wylotem z Down Under.

Warto poświęcić trochę czasu na szukanie. Możecie zamieszkać w całkiem przyjemnym apartamentowcu z własną siłownią oraz basenem i jacuzzi na dachu. Nam się udało 😉

Powodzenia!

Potrzebujesz więcej praktycznych porad na temat wyjazdu do Australii?
Zajrzyj do naszego PORADNIKA.

Zabytki Australii – zwiedzamy więzienia

Old Melbourne Gaol

Zawsze kiedy spotykam Australijczyka, który z dumą opowiada, że jego rodzina jest tu od pokoleń, zastanawiam się – pogratulować, czy wyrazić współczucie? Szacuje się, że co dziesiąty (Wiki twierdzi, że co piąty) Aussie to potomek zesłanego tutaj brytyjskiego skazańca…

Jak to było? Australię w 1606 r. odkryli Holendrzy, ale po kilku niemiłych spotkaniach z lokalną ludnością zdecydowali, że na tym lądzie nie zostaną. Potem trafili tutaj kolejni odkrywcy z Europy, oni również stwierdzili, że miejsce nie ma nic szczególnego do zaoferowania. W końcu przypłynęli Brytyjczycy i Ci uznali, że kraj jest idealny … żeby zrobić tu kolonię karną.

I tak oto na Antypody przez lata przybywali mniejsi i więksi przestępcy z wielkiego królestwa – bez znaczenia, czy byli to drobni rabusie, kieszonkowcy, gwałciciele, czy jeszcze inne bandziory. Kara była jedna – osiem miesięcy statkiem przez ocean, aż do dzikiego, suchego kontynentu. A potem… a to zobaczymy;) I tak oto w ciągu 80 lat (1788-1868), rząd brytyjski wysłał na australijski ląd około 162 tysięcy skazańców. Początkowo więźniowie byli puszczani wolno (a niech sobie chłopaki radzą…), bo odpowiednia infrastruktura nie została jeszcze przygotowana. Potem powstało kilka mniejszych i większych ośrodków m.in. na Tasmanii, gdzie lokowano skazańców.

Australijczycy zupełnie nie mają problemu z akceptacją swoich początków. Choć z drugiej strony, turystom sprzedają raczej aborygeńską, a nie własną historię. Więzienia, baraki i inne pozostałości po tamtych czasach z rzadka widnieją na turystycznych mapach „must see”. Ale, że my jesteśmy dociekliwi, postanowiliśmy zajrzeć tu i tam.

Hyde Park Barrack Museum w Sydney

Wpisany na światową listę UNESCO historyczny obiekt znajduje się w samym sercu Sydney. Szacuje się, że było to centrum największego na świecie i najdłużej trwającego procesu zsyłki więźniów. Przez bramy Barracku, w ciągu niespełna 30 lat (1819-1848) przeszło ponad 50 tys. więźniów. Sam Barrack nie był jednak docelowym miejscem odbywania kary, a jedynie „miejscem przeładunkowym”.

Więźniowe spędzali tam jakiś czas, czekając na transport do właściwej lokalizacji. Trafiali tam mniejsi i więksi rabusie, jednych wysyłano do więzień na właściwą odsiadkę, inni – jako tania siła robocza – odbywali swoją karę u lokalnych możnowładców.

Z czasem, to miejsce pełniło też inne funkcje m.in. azylu i domu starości dla biednych lub niedołężnych kobiet. Mieściły się tam również urzędy lokalnej administracji oraz sale sądowe. Od 1984 r. jest to już wyłącznie muzeum :)

Hyde Park Barrack_01

Hyde Park Barrack_02

Hyde Park Barrack_03

Hyde Park Barrack_04

Hyde Park Barrack_05

Hyde Park Barrack_06

Old Melbourne Gaol

Ten obiekt ma nieco inną i trochę bardziej drastyczną historię. Melbourne Gaol (tak, tak czytamy to jak amerykańskie „jail”) nigdy nie był miejscem schyłki więźniów. Od samego początku (1839 r) pełnił funkcję regularnego więzienia dla lokalnych przestępców, dość surowego więzienia – bo stracono w nim 133 osoby.

Kto tam trafiał? Cóż, poza prawdziwymi złoczyńcami i mordercami, sale więzienne pełne były biedaków, których wina niekoniecznie została udowodniona. Żeby trafić do Gaol’u wystarczyło zostać osądzonym przez pana, albo nawet sąsiada, czy naocznego świadka… Na rzetelne badanie sprawy i sprawiedliwość sądów w tamtych czasach raczej słabo można było liczyć.

Najbardziej barwną postacią przetrzymywaną, a ostatecznie skazaną na śmierć w Melbourne Gaol był słynny Ned Kelly. Gorącej krwi Irlandczyk, zimnej krwi złoczyńca dał ostro popalić lokalnej władzy i stróżom bezpieczeństwa. Ścigany latami, zdążył rozwinąć całkiem spory gang i nieźle nabroić. Jego działalność, a potem pojmanie i głośna, ostatnia walka stały się scenariuszem niejednego filmu. Niektórzy twierdzą, że był prawdziwym prekursorem Iron Mana – kto zna historię wie o co chodzi:)

Old Melbourne Gaol_01

Old Melbourne Gaol_02

 Old Melbourne Gaol_03

The Old Mount Gambier Gaol

Podróżując po południowej Australii, wylądowaliśmy na noc w lokalnym więzieniu.

Do tego więzienia, a dokładnie to do kolejnej historycznej miejscówki, trafiliśmy trochę przypadkowo.

Wyjątkowe jest to, że dziś gaol jest nie tylko muzeum, ale i … hotelem oraz miejscem lokalnych eventów. Można np. wynająć sobie ciemną celę z ogromnymi metalowymi drzwiami, by zostać na noc, albo urządzić rodzinne party na więziennym dziedzińcu. Scenografia miejsca i przeżycia na pewno będą niepowtarzalne.

Ten kolejny więzienny obiekt z bujną przeszłością znajduje się w małym, przytulnym i wymarzonym na emeryturę miasteczku, z nieco francusko brzmiącą nazwą – Mount Gambier. Budynek powstał w 1875 r., z racji coraz mocnej szerzącej się w regionie przestępczości, i pełnił swą funkcję aż do 1995 r.

W areszcie przetrzymywano nie tylko poważnych skazańców, ale również kobiety i dzieci. Jak to wtedy bywało – jedni na karę zasłużyli bardziej, inni mniej, a niektórzy wcale. To miejsce ma wiele historii do opowiedzenia.

Pewne źródła podają, że w murach Mount Gambier Gaol żyją duchy przeszłości. Ci, którzy zostali tam powieszeni, albo sami z rozpaczy odebrali sobie życie… My nie mieliśmy przyjemności spotkać żadnej nocnej mary, ale szczerze podziwiam rodzinę, która opiekuje się, udostępnia gościom i mieszka na co dzień w tym miejscu.

Mount Gambier Gaol_01

Mount Gambier Gaol_02

Jeśli interesują was te miejsca podrzucamy linki do oficjalnych stron >>>
www.oldmelbournegaol.com.au
http://theoldmountgambiergaol.com.au/
http://sydneylivingmuseums.com.au/hyde-park-barracks-museum

 

Sydney Fish Market

fish market_01

Niewątpliwie sporym atutem mieszkania nad oceanem jest dostęp do świeżych ryb i owoców morza. Złożyło się tak, że w spacerowej odległości od naszego mieszkania mamy Fish Market – największy targ rybny na półkuli południowej i trzeci największy na świecie. Jak podaje oficjalna strona, Fish Market sprzedaje 14,500 ton owoców morza rocznie i można tam znaleźć około 500 różnych gatunków. Całkiem nieźle.

Co leży na półkach? Trochę klasyków, takich jak żywe kraby oraz homary (kilka rodzajów), ośmiornice te duże i te zwane „baby”, różne gatunki krewetek, kalmary, muszle, ostrygi, przegrzebki, raki, langusty… I towary nieco bardziej wyszukane – niebieskie kraby, marrony (czyli nie wiem co), bay bugs (czyli morskie robaki), kilkukilogramowe muszle, również kilkukilogramowe kraby …i homary w bagatelnej niskiej cenie $160 za kilo. Do tego trzeba dorzucić dziesiątki gatunków ryb: snapper, baramundi, jellow jacket, bonito, ocean trout, afonsino, scorpion fish, merlin… do wyboru do koloru!

Większość z tych smakołyków – na przykład pachnące oceanem ostrygi, świeże sushimi, pieczone kraby, czy zapiekane z serem przegrzebki można spróbować na miejscu. Idealna miejscówka na lunch.

A jeśli chodzi o domowe gotowanie. Cóż, w naszym przypadku każda wizyta na targu rybnym kończy się drapaniem po głowie. Bo co my, Krakusy bez dostępu do morza, wiemy o przyrządzaniu homara i ośmiornicy? No więc zazwyczaj decydujemy się na zakup łososia, tuńczyka (a ten smakuje nieco inaczej niż znane nam trociny z puszki), albo kalmarów i krewetek – bo z tym jeszcze można się uporać.

Dla ambitnych i bardziej zapalonych miłośników kuchni Fish Market proponuje szkołę gotowania. Kursy są drogie, ale szkoła podobno ma swój prestiż. Można również zapisać się na behind the scenes tour, żeby m.in. o bardzo wczesnych, porannych godzinach przyjrzeć rybackim kutrom pełnym świeżego towaru oraz porannym negocjacjom handlowym.

Jedni bardziej, inni nieco mniej lubią podziwiać i smakować owoce morza, ale Fish Market to zdecydowane „must see” na turystycznej mapie Sydney. Mam wrażenie, że na mapach dla Azjatów ten punkt jest jakoś szczególnie wyróżniony… Dlaczego? A to już można zobaczyć na miejscu.

fish market_02
fish market_03
fish market_04
fish market_05
fish market_06
fish market_07
fish market_08
fish market_09
fish market_10

Hejt po australijsku

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Australia to prawdziwy melting pot. W poszukiwaniu lepszego jutra zjeżdżają tu ludzie z każdego krańca świata. Może dlatego, a może dzięki temu, że zawsze świeci słońce, w Down Under wytworzył się taki ciekawy mikroklimat społeczny. Szacunek dla tego, co inne i przyjazne nastawienie do tego, co obce. W końcu wszyscy jesteśmy tutaj gośćmi.

Tolerancja to nie puste słowo

Czy czarny, czy żółty, w burce, gej, albo i żyd (bo lewaków chyba tutaj nie ma…) – bez znaczenia. Tak długo jak ty tolerujesz innych, tak inni tolerują ciebie. W Australii nie ważne jakie masz poglądy, jaką religię wyznajesz, czy chodzisz na parady (tak te) lub wieczorem lubisz pospacerować po mieście w piżamce. Wszyscy mają równe prawa, a dopóki nie stwarzasz zagrożenia, a swoim zachowaniem nie przeszkadzasz innym… masz prawo robić i myśleć, co chcesz. Nie spotkasz się z nienawiścią i szyderą.

Porozmawiaj z panią w sklepie

Bardzo lubię te momenty (a zdarzają się naprawdę często), kiedy rodzą się krótkie i bardzo przyjazne konwersacje z zupełnie obcymi ludźmi. Pani na poczcie opowiada mi, że wybiera się do Norwegii, bo chciałaby zobaczyć fiordy, kasjerka w supermarkecie podpytuje jak minął dzień, a jakiś przypadkowy towarzysz na przystanku autobusowym wspomina jak to w Australii żyło się 20 lat temu. Zupełnie przypadkowi ludzie, zwyczajna i niezobowiązująca wymiana zdań. Ale w sumie, dlaczego nie? Przecież ten obok to też człowiek.

Jak cię popchnął to go przeproś

Do tego przedziwnego zwyczaju chwilę się przyzwyczajałam. Bo przecież, jeśli ktoś wpadnie na ciebie na ulicy, albo szturchnie cię w sklepie, powinieneś zdzielić go wzrokiem i oczekiwać na pokorne przyznanie się do winy. Ot, nie w Australii. Tutaj sam go przeprosisz, uśmiechniesz się i powiesz „no worries mate”. On zrobi to samo. I dalej żyjecie w świętym spokoju. Po co psuć sobie dzień jakimś przypadkowym fajtłapą?

Najpierw się uśmiechnij, a potem odezwij

Konwersacje w Australii (czy to prywatne, czy te bardziej oficjalne) zaczynają się od uśmiechu i pozdrowienia. How you going mate? How’re you doing? How is your day so far? I tak dalej. Nawet wizyty w urzędzie nie zaczynamy od suchego – dzień dobry, jestem tu bo chciałem załatwić sprawę… tylko od wyrażenia naszego przyjaznego nastawienia. Niby nic, a jednak działa. Pani w okienku spojrzy bardziej przychylnym wzrokiem, ja pomyślę, że szkoda nerwów na dyskusje. I tak oto bezstresowo i z uśmiechem na twarzy załatwiamy kolejne sprawy. A na pozór puste how are you nagle nabiera znaczenia.

Da się podchodzić do innych w z większym szacunkiem i zaufaniem? Da się :)

Sydney Opera House, te i inne ciekawostki

sydney opera_01

Mieszkać w Sydney i nie napisać o Operze byłoby sporym niedopatrzeniem. Jak wygląda Opera, każdy wie, ale przed ewentualnym zwiedzaniem warto poznać kilka mniej i bardziej interesujących faktów.

Jak powstała Opera? W 1956 r. rząd New South Wales ogłosił konkurs na projekt budynku. Spłynęły 233 prace, a zwycięzcą został duński architekt Jørn Utzon. Operę budowano tak trochę „po polsku”. Koszty przedsięwzięcia początkowo kalkulowano na 7 milionów dolarów – rzeczywiście wyniosły 102 miliony. Podobnie niedoszacowany został czas budowy. Zakładano, że Opera powstanie w 4 lata… cóż powstała w 14. Koniec końców Opera stoi i jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych, i podobno również jednym z najbardziej lubianych, obiektów architektonicznych na świecie.

Z innych ciekawostek. Charakterystyczny dach Opery został pokryty dokładnie 1 056 006 dachówkami – importowanymi ze Szwecji! A inspiracją do projektu bryły wcale nie były żagle, fale, czy inne takie. Utzon zainspirował się – uwaga – ćwiartkami pomarańczy….

Jeśli planujecie wybrać się na jeden ze spektakli, bilety kosztują od 70/80 AUD do 300/400 AUD. Wcześniej sprawdźcie, gdzie zaplanowano wydarzenie, bo część przedstawień rzeczywiściue odbywa się w okazałych wnętrzach, druga natomiast – na schodach Opery. Nie będę spekulować na temat jakości i klasy przedstawień, plotki głoszą, że różnie bywa… To tłumaczyłoby dlatego na stronie Opery można znaleźć taką informację: there is no formal dress code at Sydney Opera House, although shoes must be worn at all times. Tak – cała Australia… buty, przynajmniej buty :)
Uwaga – operę można też zwiedzać za kulisami, ta przyjemność kosztuje 165 AUD.

Wartym wspomnienia jest Opera Bar, gwarny i tętniący życiem, szczególnie, gdy w okolicznych biurach kończy się dzień pracy. Koncerty, głośnia muzyka, ruch, energia i dobry koktail przy blasku zachodzącego słońca … prawdziwy vivid Sydney!

sydney opera_02
sydney opera_03
sydney opera_04
sydney opera_05
sydney opera_06
sydney opera_07
sydney opera_08

VIVID Sydney – festiwal światła, muzyki i idei

vivid_sydney_01

Przychodzi taki czas, chłodną, zimową porą, że Sydney rozbłyska niczym choinka. Świetlne instalacje ożywiają budynki Opery, The Rocks, Darling Harbour, Town Hall, muzeów i uniwersytetów.

Zaczął się Vivid Festiwal, czyli jedna z największych imprez kulturalnych w Australii. Ponad setka wydarzeń i imponujących iluminacji. Muzyka, hipnotyczne światło, technologia i współczesna sztuka.

Cała impreza przygotowana jest z dużym rozmachem. Trzeba przyznać – ogromne wizualizacje i historie opowiadane światłem działają na wyobraźnię i pozostawiają miłe wrażenie.

vivid_sydney_02
vivid_sydney_03
vivid_sydney_04
vivid_sydney_05
vivid_sydney_06
vivid_sydney_07
vivid_sydney_08
vivid_sydney_09
vivid_sydney_10

Safety first!

safety first_01

Drugim zwrotem, zaraz po G’day mate, jakiego nauczycie się w Australii to SAFETY FIRST! Mało tego – będziecie się z nim spotykać tak często i gęsto, aż zrozumiecie, zapamiętacie i sami, jak mantrę, powtarzać będziecie.

Nie ma w Australii ulotki informacyjnej, strony internetowej, parku, budynku i miejsca, które nie opisuje zasad bezpieczeństwa lub nie informuje o tym, jak należy zachować ostrożność.

Trudno nawet potknąć się o płytkę chodnikową, bo każda nierówność jest opisana i zaznaczona. Rzecz jasna, wszystkie ulice są monitorowane. Na szlakach górskich specjalne oznaczenia informują, że na ścieżce mogą wystąpić ostre kamienie. A w biurowcach w centrum biznesowym co najmniej cztery razy w roku odbywają się fikcyjne  alarmy przeciwpożarowe – na wszelki wypadek, żeby pracownicy w przypadku rzeczywistego zagrożenia mieli dobrze przećwiczone, gdzie są schody ewakuacyjne.

Ja osobiście najbardziej lubię Pana Rangera, którego mijam codziennie w drodze do pracy. Stoi biedak na moście w Darling Harbour, gdzie tłumy pieszych maszerujących do pracy mieszają się z tłumami cyklistów jadących do pracy, i dbając rzecz jasna o bezpieczeństwo jednych i drugich – powtarza każdemu rowerzyście – Slow down mate, please slow down

safety first_09

safety first_02
safety first_03
safety first_08
safety first_10
safety first_04
safety first_05
safety first_11
safety first_06

safety first_07